Pucu pucu i inne zboczenia

Pucu! Pucu! Chlastu! Chlastu!
Nie mam rączek jedenastu.
Tylko mam dwie rączki małe,
Lecz do prania doskonałe.
- powtarzałby pewnie za poetką Wikul, gdyby był już taki rozgadany. Bo u Wiktorianki obudził się jakiś niebywały pęd do robót domowych. Dać jej ścierę lub szczotę, a biega po domu zachwycona z artefaktem w łapkach i pucuje, pucuje, pucuje… Czytaj dalej…

Matka lump

Wyszłam dziś wieczorem z domu ubrana niczym lump… Stare, poobijane trapery, na co dzień zasłonięte wózkiem czołgiem, teraz objawiły się światu w pełnej krasie. Jeansy (jedyne, których w drugiej ciąży nie pozbyłam się z szafy) miałam uwalane błotem (Wiki na dzisiejszym spacerze odkrywała uroki roztopów. Mi utytłała tylko spodnie – sobie buty, portki, skarpetki, kurtkę, rękawiczki i policzki). Czytaj dalej…

Kloaczny pościk

Mam przesrane. Dosłownie. Podwójnie. I różnorodnie.

Córy me startują w konkursie „Która zużyje więcej pieluch na dobę”… Ela przyjęła taktykę „na rzadko”, Wiki zgrywa twardziela.

Częstotliwość zmieniania pampków i mycia uroczych zadków obu panienek wzrosła do jakiś kosmicznych, absurdalnych rozmiarów.

Plan na dziś – przetrwać do wieczora.

Cud nad Wisłą

Wczoraj dokonałam niemożliwego – w asyście Wikula wykąpałam Elę.

Zadanie to jest dość karkołomne, gdyż ponieważ nie używamy stojaka pod wanienkę. Plastikowe błękitne ustrojstwo wkładamy po prostu do naszej wanny i, zwieszeni nad jej brzegiem, kąpiemy Elciaka. Stojak pod wanienkę został oddelegowany na emeryturę, bo zachodziła obawa, że Wiki zbytnio by się nim interesowała (czyt. potrząsała/ przewracała/ wdrapywała się nań). Czytaj dalej…

Baba Jaga z Al. KEN?

Nie trafiłam z obstawianiem, które ze sprzętów/ szafek/ przestrzeni Wikul zacznie odkrywać w następnej kolejności…

Od 2 dni Wiki bierze udział w konkursie „Na ile sposobów można wejść do piekarnika i co ciekawego można z nim zrobić”… A im więcej ona ma pomysłów na twórcze zabawy z wykorzystaniem piekarnika, tym mniej we mnie weny do twórczego odwracania Wikciaka uwagi. Te amerykańskie klatki na dzieci to było jednak coś…

Carpe diem

Ela rozpostartą dłonią przytrzymuje sobie w japeczce smoka. Smok miarowo podskakuje – to zapada się w japce, to chce z niej wyskoczyć. Elek wygląda przy tym uciesznie bardzo. Zagaduję do niej:

- Co tam Elek?

- Eeeeehe – odpowiada Ela, nie odrywając dłoni od smoka, a smoka od ust.

- Ehe? – kontynuuję dialog.

- Ehe – odpowiada stanowczo córa i posyła mi uśmiech, dalej z tym smokiem w japsku i dłonią rozcapierzoną na ustach.

 

Minutę później przypomina sobie, że nic nie jadła od 3 godzin i uśmiech jej zamiera…