(R)ewolucja

(Z pozdrowieniami dla wujaszka Darwina).

Myli się ten, kto sądzi, że między noworodkiem, a rocznym dzieckiem jest największa przepaść w toku rozwojowym człowieka. Roczniak, owszem owszem, to i owo umie, ale pomijając imponujący rozwój sprawności ruchowej i słodkie mineczki, niewiele jest do podziwiania. W główce to jeszcze siano i słoma głównie, w karty z takim grzdylem nie pograsz, o astrofizyce nie pogadasz… co najwyżej kiełbachę z żuru razem można obrobić. Za to pół roku później – ooo, to już zupełnie insza inność.

Od jakiś dwóch czy trzech tygodni Wikul bardziej przypomina klasycznego homo sapiens, niż jak dotychczas – zwyczajnego homo erectus. Różnica jest diametralna i zauważalna chociażby gdy Wikcisko:
- rozmawia przez telefon (trzyma go przy uchu, słuchając rozmówcy przewraca oczami na wszystkie strony i co jakiś czas nieśmiało przerywa interlokutorowi jakimś pomrukiem „aaa”/ „eee” (jest funkcja fatyczna, jest rozmowa, nie?),
- śpiewa ze mną w duecie (Ajajajajajaj Puerto Rico – śpiewam ja, a Wikul dodaje wówczas: „jajajajaj” – i tak 50 razy, a sąsiedzi dzwonią do Tworek),
- wyrzuca śmieci do kosza (a to umiejętność obca nawet niektórym dorosłym),
- prezentuje zasady działania maszyn i urządzeń: dźwigu, miksera, samolotu, karuzeli, huśtawki,
- każdego dnia robi więcej doświadczeń fizycznych niż moja licealna wychowawczyni, (np. podczas kąpieli przekapuje wodę z jednego kubka do drugiego. Przekapuje właśnie, nie przelewa. Zanurza rękę w wodzie w jednym kubeczku, przenosi ją nad drugi kubek i strąca do niego kropelki. Jest to zdecydowanie metoda dla wytrwałych…),
- powtarza czynności zauważone tylko raz (bo BARDZO mi zależy, żeby ich nie powtarzała, więc staram się z nimi kitrać…),
- i za każdym razem, gdy robi coś ZAKAZANEGO, sama sobie mówi „Nununu” i groźnie macha paluszkiem…

Nie czarujmy się jednak, że wyzbyła się już wszystkich zachowań naszych futrzanych przodków. Dziś przeszła wokół Eli łóżeczka, czepiając się prętów jak małpa i wciskając stópki w przestrzenie między nimi, wczoraj niczym kocisko chowała się w skrzyni z zabawkami (wychrzaniwszy z niej uprzednio na dywan trzy tony zabawek), a tydzień temu wpełzła pod ikeowy bujak, wystawiła głowę na jego drugim końcu i udawała ślimaka. Względnie żółwia. Potrafi też szczekać jak pies (Ha! Ha! Ha! – „eł” póki co ginie w pomroce dziejów) i miauczeć jak kot (Niu, niu, niu). Dobrze przynajmniej, że nie ryczy jak krowa i nie kopie jak koń – jeszcze…

Lecimy hardkorem!

Przy tzw. rozszerzaniu diety Wiktorii działałam jak klasyczna matka debiutantka: kupiłam specjalny osprzęt (miseczki, łyżeczki, srałeczki), wyparzyłam go dokładnie, zgromadziłam różnorodne słoiczki z owocowymi i warzywnymi papkami, starannie wybrałam dzień na ten „pierwszy raz”, ubrałam Wiki w wieeelki nieprzemakalny śliniak i naszykowałam aparat fotograficzny.

Przygodę z Prawdziwym Jedzeniem zaczęłam oczywiście od „słodkiego jabłuszka”. Jedną ręką wtryniałam łyżeczkę z papką do Wikulowego pyszczka, drugą pstrykałam zdjęcia, by uwiecznić każdą spływającą po brodzie kapkę.

Z Elą darowałam sobie cały ten cyrk.

Siedzimy wieczorem w kuchni: Wiki w wysokim krzesełku, ja obok na krześle, z Elą na kolanach. Wiki miała jeść avocado, które uwielbiała w zeszłym roku, ale chyba zmienił jej się gust kulinarny – upycha więc w japeczce dziesiątego już biszkopta. Po chwili jednak bierze do ręki kawałek avocado (Dobra nasza – myślę – może jednak zje coś zdrowego…) i wyciąga je w stronę Eli:
- Ammmm – mówi i wymownie podtyka Eli żarełko pod nos. Elciak, długo się nie namyślając, otwiera pyszczek i zaczyna cysiać, co mu dają…

Zabawa trwała w najlepsze przez 5 minut, po czym Wiki, nieco zdegustowana tempem Eli jedzenia, zaczęła karmić mnie.

Tak że ten, tego… początek rozszerzania diety Eli za nami.

Ostatnie pożegnanie

Wczoraj odbyło się ostatnie pożegnanie ubranek w rozmiarze 68.

W zasadzie przeciągałam ten moment jak tylko się dało, bo od dwóch tygodni nie mogę obrobić się z praniem. Ale gdy przy przewijaniu Eli musiałam upychać pampka kolanem, żeby dopiąć guziczki w bodziaku, uznałam, że jeszcze chwila, a dziewczę mi wskoczy od razu w garderobę na 80 cm i nie będzie miała okazji tylu cudnych fatałaszków na 74 cm zafajdać!

Bo, Dobrzy Ludzie, 90 centyl oto nam zawitał. Wydało się to przy okazji szczepiennej wizyty u pediatry.

- Ile razy na dobę pani karmi córkę? Sześć czy siedem? – zagadnęła lekarka.

- Eeee, cztery razy po 180 ml i raz 150… Więcej nie da rady, a z tego i tak połowę ulewa.

- Hmmm. Trochę mało. No ale zobaczmy, czy przybiera na wadze prawidłowo…

Dwie minuty i 7200 g później…

- Musi mieć wchłanianie tak samo świetne, jak starsza siostra…

 

Ela jakby zwąchała, że szykuje jej się odzieżowa rewolucja, więc postanowiła KAŻDĄ rzecz z rozmiaru 68 jeszcze raz przywdziać na pupsko i grzbiet. Przebierałam ją wczoraj sześć razy (dwa obsrania i cztery mega ulania), a przedwczoraj chyba ze 3 razy… więc wieczorem przyodziałam ją w ostatnie z ostatnich niezabrudzonych jeszcze ubranek (bo te na 74 nie raczyły przecież wyschnąć na czas…) – czarny dresik z adidka, z białymi lampasami. Miałam nadzieję zrobić jej dziś jakąś drecholską sesyjkę zdjęciową (złoty łańcuch, żelik na włosach itede), ale o bladym świcie raczyła siebie i dresik upierdzielić od pępuszka do kolanek wiadomo czym. Widać przeczuła fotograficzny spisek…

Śpiąca Królewna

Córa ma wróciła do chwalebnej tradycji długich dziennych drzemek. Wczoraj – klasycznie dwa razy po 2 godziny (przy czym drzemka tzw. „popołudniowa” trwała do godziny 20.30, a spać na dobre córunia poszła o 21.30). Dziś – już trzecia godzina w objęciach Morfeusza.

Nie mogę jej obudzić, bo będzie w złym humorze… Drugie dziewczę, po wielokroć nakarmione i przewinięte, od rana w najlepsze się bawi, pokwękuje i wykazuje nadzwyczajną aktywność fizyczną (czy do mleka dla dzieci dodają yerba mate?).

Chciałoby się wyjść na spacer, a ten śpioch przesypia najładniejszą pogodę…

Cóż, nie pozostaje nam z Elą nic innego, jak cierpliwie czekać na przebudzenie Śpiącej Królewny Wiktorii.

Matka w stanie spoczynku

Oba dziecka usnęły mi wczoraj w dzień w tym samym czasie, a ponieważ rankiem odfajkowałam wszystkie najpilniejsze sprawy (zmycie garów, wyparzenie butelek, ponakarmianie, poprzewijanie, ogarnięcie chałupy, przyodzianie własnej osoby), a pranie robiłam poprzedniej nocy, zyskałam nieco Wolnego Czasu.

Normalnie zgłupiałam. Nie mogłam się zdecydować, czy zrobić sobie kawę, czy maseczkę, więc w końcu umyłam podłogę* w sypialni i salonie.

A potem wstała Wiki.

* Zaś podłogę w przedpokoju umyła popołudniu sama królowa Wiktoria. Wylała pól butelki wody mineralnej na terakotę, więc wręczyłam jej ścierę i przykazałam wszystko powycierać. Jej Królewska Mość chyba uznała to za dobrą zabawę…

Zębulek

Wiki ma osiem dolnych zębów!

Odkryłam to przypadkiem, gdy rozdziawiała japsko przy porannych grymasach.

(Chcę zjeść jogurt. Mama, daj! O, są parówki – to chcę parówkę. Zjadłam już pół i chcę więcej. Szybko, szybko! Nie, jednak nie chcę tej drugiej połowy parówki. Jednak chcę jogurt. Albo tylko pół jogurtu. Ale nie zabieraj mi kubeczka – chcę go zmiażdżyć i wytytłać się tym jogurtem po włosach. A gdzie parówka?).

Nadal pozostaje tajemnicą liczba zębów na górnym łuku. Ale pewnie niedługo Wikul zacznie robić tzw. awantury podłogowe, z rzucaniem się na posadzkę i konwulsyjnym wiciem, więc będę miała sposobność policzyć górne zęby.

Loko i inne atrakcje

Ufarbowałam wczoraj włosy. Wybrałam kolor „jasny lodowy blond”, a wyszedł rudy! No dobrze, nie dramatyzujmy – miedziany.

Gdy mieszałam i nakładałam farbę, mówiłam sobie: „Spoko, luz, gorzej niż jest już nie będzie”. Bo co może być gorszego od włosów w kolorze mysim? To się nazywa „klasyczny polski blond”. Ja wolę zdecydowanie „klasyczny norweski blond”. A tu życie i producent farby zagrali mi na nosie.

A w ogóle wszystko przez to, że Wiki ma chorobę lokomocyjną (innymi słowy: rzyga w samochodzie jak kot…), więc nie mogę jechać do Kielc do mojej fryzjerki. Warszawskim fryzjerom nie ufam (podobnie jak wcześniej wrocławskim). Wyrzuci się człowiek z 250 zł, a nigdy do końca nie jest pewny, czy nie zrobią mu na głowie czegoś dziwnego. No więc coś dziwnego to ja mogę sama, nie za 250, tylko za 25 zł.

Syropki na chorobę loko. są dozwolone od trzeciego roku życia, więc mam naprawdę sporo czasu na eksperymentowanie z włosami…