Co ma czapeczka?

Niby jestem tą matka już kawałek czasu. Niby dzieci doglądam. Niby pierwsze, drugie i piętnaste kryzysy rozwojowe mam za sobą. Niby powinnam być w pewnych sprawach ekspertem… A tymczasem nadal nie umiem rozstrzygnąć kwestii zasadniczych.

Bo niby co ma robić czapeczka?

Czy czapeczka ma chronić? (Ale co tu chronić w ciepły, bezwietrzny, majowy dzień?) Czy ma grzać? (Przy 18 stopniach naprawdę trzeba grzać dziecku głowę?) Czy ma wyglądać? (Bo może to kwestia czysto estetyczna?) Czy ma do czegoś przyzwyczajać? (Do noszenia homonta?)

Dlaczego dzieci powinny na okrągło nosić czapeczki? Rozumiem na mrozie, rozumiem w słonecznym żarze pustyni, ale czemu na przykład późnią wiosną?

Wiki nie nosi. Musiałabym chyba przykleić jej czapkę do głowy super klejem, żeby zadziałało to na dłużej niż trzy sekundy. W dodatku ściąga czapki także Eli. W wietrzne dni zarzucam Młodszej kaptur i ewentualnie wciskam opaskę na uszy. Starszej wiatr tańczy we włosach, a społeczeństwo linczuje mnie wzrokiem.

I dlaczego nie wolno moczyć uszu niemowlakom? Jak się woda do nich naleje, to co? Z Wiki chodziliśmy na basen dla niemowląt. Topiliśmy, wrzucaliśmy do wody na hop siup. Trudno, by uszy były suche, gdy dziecko nurkuje pod wodę. Ani zdrowia jej od tego nie ubyło, ani rozumu…

I co to znaczy, że dziecko przesypia noce? Że śpi od, powiedzmy, dwudziestej trzydzieści, do powiedzmy, szóstej rano? Ale że bez śródnocnego mlekotankowania? Jeśli bez, to Wikul przesypia noce od około miesiąca, a i to nie zawsze. A jeśli nie liczymy nocnych posiłków jako przerywnika snu, to Ela przesypia noce już od dwóch miesięcy.

I jak się podaje kaszę mannę? Mam znów przy tzw. ekspozycji na gluten gotować te dwie łyżeczki kaszki w połowie szklanki wody? A gdybym taką surową wsypała do deseru owocowego, to co, gluten się nie aktywuje?

Drogie Bravo, Kochany Pamiętniczku, Szanowny Wujku Google, Siostry i Bracia – ja wiem, że nic nie wiem. A co Wy wiecie?

 

Sen srebrny cioci Idy

„Śniła mi się Wiktoria. Była w takiej czapce z wiatraczkiem, która działała jak „ładowarka do dziecka”. Przyniosłaś mi Wiktorię w tej czapce do pokoju, żebym jej popilnowała, a ja o tym zapomniałam, wyszłam, Wiki zdjęła czapkę z głowy i zasnęła mi w torbie na trening… Czasem odnoszę wrażenie, że mam sny jak po jakichś porządnych dragach…”

Spis powszechny

Zliczyłam je wszystkie!

Nie to, żeby mi się nudziło. Albo żebym miała za dużo wolnego czasu. Po prostu uznałam, że gdy żyje się w dobie galopującego konsumpcjonizmu i jest się matką dwójki małych dziewczynek, warto zrobić taki rachunek sumienia, by nie stracić resztek zdrowego rozsądku (i pieniędzy).

Przeszłam więc rano po domu i zliczyłam wszystkie te gumowe, plastykowe, drewniane, pluszowe i tekturowe zabawiacze moich dzieci.

Wynik? 92 zabawki i 50 książeczek z tekturowymi kartkami.

Nie wiem, czy to dużo, czy mało. Gdy upchnę je w Wikulowej skrzyni, wydaje mi się, że tak ich mało… ale gdy walają się po całym salonie, mam wrażenie, że jakoś tak niezmiernie się namnożyły.

Co ciekawe, my kupiliśmy zaledwie sześć zabawek (sorter, piłkę, gumowego skoczka, kredki, zapasowego Śmierdziocha oraz ikeowy przebijak) i czternaście książeczek. Resztę nabyli dziadkowie, chrzestni, wujkowie, ciocie oraz krewni i przyjaciele królika. Wykazali się przy tym wielkim taktem i dbałością o moje zdrowie psychiczne, bo tylko dziesięć zabawek ma wbudowane melodyjki, a tylko w dwóch spośród nich nie da się tych melodyjek wyłączyć „na życzenie”. Alleluja!

Mamy więc:
7 różnych zestawów klocków,
5 piłek (każda innej wielkości, faktury, z innego materiału),
10 tych grających gadżetów
3 wytracacze energii na pochmurne dni (jeździk, bujak, skoczek),
22 grzechotki, gryzaki i zabawki zakwalifikowane jako wczesnoniemowlęce,
17 maskotek i cysiulków,
puzzle, pchacza na kiju, wielofunkcyjne kostki i inne super edukacyjne zabawki, gumowe żabki i kaczuszki, różnej maści kubeczki, pojazdy, młotki…

A ponadto jest jeszcze pięć tysięcy przedmiotów, które według producentów zabawkami nie są, ale według Wikula świetnie do zabawy się nadają.

Z okazji Dnia Nieletnich Ela dostanie od nas trzecią dawkę zalecanych szczepionek (co cenniejszego od zdrowia można ofiarować dziecku?), a Wikulowi podaruję nową gąbkę do mycia garów i pozwolę ją przetestować na wszystkich brudnych naczyniach.

Rozmowa (nieco) kontrolowana

Wiki przeprowadziła pierwszą poważną rozmowę telefoniczną. Prawdziwą rozmowę, nie jakieś fatyczne pitu-pitu. Interlokutorem była babula Ewula, do której zadzwoniliśmy z życzeniami dniomatkowymi. W pewnym momencie Wiki przejęła słuchawkę (Rety, cóż za anachronizm! Telefon przejęła, telefon oczywiście…).

Babcia: Halo, halo! Wiktoria? Tu babcia. Babcia Ewa.

Wikul: … (Cisza, zamyślenie, po chwili wielki uśmiech).

B.: No powiesz coś babci? Wiktoria?

W.: No.

B.: Coś tam, coś tam, coś tam, coś tam*

W.: Ta!

B.: Coś tam, coś tam, coś tam* Kocham cię!

W.: Hihihi!

B.: Coś tam, coś tam, coś tam, coś tam*

W.: Tu, tu, tu, tu!

B.: Coś tam, coś tam, coś tam, coś tam*

W.: Haha!

 

* Co mówiła babula Ewula? Że Shimmy (stara, trzynoga sunia) czeka u niej, żeby się z Wikulkiem pobawić. Że ciocia Ida ma kota Shadka (ma go od lat, żadna nowość, nawet dla Wikula). Pytała, czy Wiki była na spacerze oraz kiedy przyjedzie do babci. I że babcia tęskni za Wikulem. To taki babciny standardowy zestaw zagadnień i pytań w rozmowie z Wiki.

Córunia mamuni

Najpierw był okres fascynacji autobusami i ambulansami, wczesną wiosną furorę robiły traktory i jeepy, potem przyszła pora na samoloty. Teraz szczególne uwielbienie zyskały jednoślady.

Ścigacze, skutery, motorynki i harleye – wszystko, co ma dwa koła, wywołuje u Wikula taką ekscytację, że na spacerach córeńka niemalże z wózka wyskakuje, bo „Tuuuuu! Tuuuuu!” pędzi taka wspaniała maszyna, silnikiem ryczy, lakierem błyszczy i sieje zamęt na drodze.

Jeśli ta tendencja się utrzyma, na „osiemnastkę” kupię Wikciakowi pół motoru…

(Drugie pół będzie należeć do mnie).

Mam iks latek, iks i pół, sięgam głową ponad stół…

Zabrałam wczoraj Wiki do centrum na babskie zakupy (sweter dla mnie, dwie pary getrów dla niej, 10 zupek i deserków dla Eli). Gdy wracałyśmy metrem do domu, obok nas usiadła miła pani i zagadnęła przyjaźnie moją półtoraroczną córunię:

- Cześć kochanie. Wracasz do domu z przedszkola?

 

A tymczasem Mutancik nr 2 wyrasta w czwartym miesiącu życia z ubranek na 74 cm…

Kto kogo

Gdy tuż przed narodzinami Eli zmieniliśmy pojedynczy wózek na czołg, obawiałam się, czy Wiki nie będzie w nim tłamsić młodszej siostry. Jak ta biedna Elunia, takie bezradne maleństwo, poradzi sobie, gdy Wiki, dumna jak paw i uparta jak osioł, zacznie się rozpychać na drugą połowę wózka?

Ano tak sobie, Mili Państwo, ta biedna Elunia radzi: