Czemu więc czytam „nie” jakby „nie” było „tak”?

- Nu nu nu nu! – mówi Wiki, podchodząc do Eli łóżeczka. – Nu nu nu nu… – mruczy pod nosem, przeciskając rękę między szczebelki. – Nu nu nu nu! – jej łapka sunie w stronę Lusiowego pyszczka. Szybkim ruchem Wikul wyrywa siostrze smoczka, wyciąga rękę spomiędzy szczebelków i… – Nu nu nu nu – karci się, upuszczając smoczka na podłogę.

- Nu nu nu nu – jej głosik dobiega zza moich pleców. Czuję, jak maleńkie łapki wplątują mi się we włosy. – Nu nu nu nu – mówi stanowczo Wiki, ściągając mi frotkę.

Tata siedzi na kanapie, obok leży jego telefon. Wikul staje tak blisko kanapy, że opiera się o nią brzuszkiem. Paluszkiem mierzy w telefon: – Nu nu nu nu – stwierdza, po czym natychmiast wyciąga rękę w stronę urządzenia.

Wojna domowa

Uwaga, uwaga! Pozor! Achtung! Attention! ¡Atención! Attenzione! Forsiktig! Ogłaszam alarm dla Miasta Warszawy. W najbliższym czasie spodziewane są liczne burze i gwałtowne opady.

Grzmieć będę głównie ja, zaś padać – na podłogę, teatralnie i spazmatycznie – Wikul.

Zaczęło się od niezjedzenia wczorajszej kolacji. Nasze pomysły na to, co można zrobić z miską pełną kaszy były diametralnie różne. Ja obstawałam przy załadowaniu nią Wikulowego brzucha, dziecię wolało rozbryzgiwać ją po kuchni. Zakrzyknęłam Veto!, ostrzegłam Wiki, że będzie głodna, że nie dostanie nic do jedzenia aż do śniadania i może ją z głodu boleć brzuszek. W myślach dodałam, że istnieje także prawdopodobieństwo porwania jej przez Cyganów. Wtarabaniliśmy gamonia do wyra. Wbrew moim przypuszczeniom Wiki nie wykazała się rano wzmożonym apetytem. Wykapała na komodę, łóżeczko i podłogę około 1/3 butelki mleka. Dwie godziny później wylała sobie na getry pół szklanki kakao, a chwilę potem próbowała rozciapać na dywanie w salonie kaszkę Eli.

Przy zmianie pampka darła się, jakby ją ze skóry obdzierano. Chciała wyrzucić Elę z fotelika samochodowego, bezceremonialnie łapiąc ją za fraki. Próbowała wypić wodę z konewki. Wrzuciła swojego ukochanego cysiulka do miski z namoczonym praniem. Dobierała się do kwiatków w doniczkach oraz pudełka z narzędziami – gdyby nie moja natychmiastowa interwencja, rozrzuciłaby po pokoju całą jego zawartość. Dwa razy włączyła X-boxa, mimo moich stanowczych pohukiwań, że nunu! Po 40 minutach tej zabawy w „Co by tu jeszcze…” włożyłam gada do łóżeczka i zarządziłam drzemkę…

Jak nic szykuje nam się wojna domowa. Przy czym gesty będą orężem Wiki, a słowa – moim.

Wieje nudą i spalinami

 ***

Odbieramy w Empiku internetowe zamówienie. Kasjerka szuka naszej paczki, dziewczyny rozglądają się po półkach. Regały po prawej zarzucone batonikami, żelkami i czekoladkami. Regały po prawej – flamastrami, kolorową kredą i gadżetami z Hello Kitty.

Nagle Wiki zaczyna ni to piszczeć, ni to głośno się śmiać. Wskazuje paluchem na jedną z półek. No tak, czeroniutkie Ferrari Italia…

***

Spacerujemy skrajem osiedlowego skweru. Ela w cichości serca kontempluje piękno drzew. Wiki zadaje pytania: Tu? Skoda. Tu? Toyota. Tu? Opel. Tu? Honda. Tu? Ford. Tu? Alfa Romeo. Tu? Znów Opel. Tu? Audi.

Przy Subaru robimy dłuższy postój. Ma dwie rury wydechowe i świecą mu się światła. Wypas.

 ***

Idziemy do biblioteki – tylko ja i Wiki, więc bez wózka. Wikul obowiązkowo wspina się na wszystkie napotkane po drodze schody. Na jednych postanawia spędzić resztę dnia. Sytuacja robi się patowa – im bardziej zachęcam Wiki do ruszenia w dalszą drogę, tym bardziej wrasta korzeniami w chodnik. Nagle: Oooo! - nieopodal dostrzega traktor…

Dwie sekundy później biegniemy w ślad za odjeżdżającym traktorem – na szczęście jedzie w stronę biblioteki.

Językowy obraz świata by Wikul

Słowo stało się Ciałem, Konrad Wallenrod – Belwederem, a nasze mieszkanie niechybnie zamieni się niedługo w któryś z dwudziestowiecznych cudów techniki. Tylko w co? W samolot? W motor? W mikser?

Wszystko rozchodzi się o tzw. moc sprawczą słów.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, w czasach licealnych, miałam przykrą dość manierę nadużywania wyrazu „masakra”. „Masakra” było wszystkim: przecinkiem, kropką, wykrzyknieniem i wtrąceniem. Moja nauczycielka matematyki, osoba ze wszech miar życzliwa i nad wyraz uduchowiona, powiedziała mi na krótko przed maturą: „Przestań ciągle mówić masakra, bo ci w końcu cegła na łeb spadnie w jakiejś bramie. Wymyśl sobie coś innego do wtrącania”. Myślałam, myślałam… i wymyśliłam. Zaczęłam maniakalnie wrzucać do wypowiedzi słowo ciuch, mając nadzieję, że zagwarantuje mi to pełną szafę ubrań. Moc sprawcza słów objawiła się w pełnej krasie – przez blisko cztery lata studiów utrzymywałam Polskie Koleje Państwowe, dwa razy w tygodniu jeżdżąc pociągami relacji Warszawa – Kielce do ukochanego chłopa. Odechciało mi się powtarzać ciuch-ciuch…

Ale miało być o Wikulu, a tymczasem autotematyczny słowotok mi się włączył.

Otóż Wikul zaczyna mówić. Wkraczamy niniejszym w okres wyrazu i nasza komunikacja nabiera rumieńców. Wiki wybiera sobie z zasłyszanych słów któreś głoski lub sylaby i przykleja je do desygnatów. A że pasje, jak na dziewoję, ma dość nietypowe, to i zasób słownictwa jest ciekawy. Oto, toto! – pokrzykuje Wiki, gdy zza okna dociera ryk silnika motoru. Lolo, lolo - obwieszcza, gdy słychać przelatujący samolot. I tak w kółko. Oto, lolo, oto, lolo. Czasem jakiś pffffsss (autobus) się nawinie.

Mamy ko, czyli kakao oraz ko, czyli koktajl – wymawia się je zupełnie inaczej, więc nie ma problemu ze zrozumieniem, o który napój aktualnie chodzi.

Jest też lala, i to jaka! Wikulowa lala ma przepiękne przedniojęzykowe boczne l”. Oj, gdybyż taka wymowa mej córuchnie została… Wiki mantruje lala, lala, a mi dźwięczy w uszach „Miłość ci wszystko wybaczy” Hanki Ordonówny.

Sposób na call center

- Dzień dobry, moje nazwisko Naciągarska, dzwonię w imieniu firmy „Zastaw się, a zadzwoń”; ponieważ jest pani naszym wieloletnim klientem i ostatnio współpraca świetnie nam się układa, mam dla pani bardzo ciekawą ofertę; pozwolę sobie jeszcze nadmienić, że w trosce o pani bezpieczeństwo oraz jakość świadczonych usług nasza rozmowa jest nagrywana; proponuję pani pakiet 800 minut do wszystkich sieci, przeliczane na SMS-y w stosunku jeden do jednego, a ponadto darmowe nielimitowane rozmowy do bliskich w sieci  ”Zastaw się, a zadzwoń” do końca trwania umowy abonenckiej; wszystko to za jedyne 44,90 – zgodzi się pani ze mną, że to bardzo atrakcyjna oferta?

- Zgodzę się z panią, że jest to bardzo atrakcyjna oferta. Ale pani zgodzi się ze mną, że przy dwójce maleńkich dzieci nie mam czasu na 800 minut rozmów miesięcznie. Więc dziękuję, ale nie skorzystam z pani propozycji.

- No tak, rozumiem. Dziękuję za rozmowę.

Kartki z kalendarzy

Gregoriański

Szłam szpitalnym korytarzem w przykrótkich spodniach od pidżamy, białych frotowych skarpetach i czarnych półbutach. Pidżamę i skarpety wzięłam z domu na wszelki wypadek. O klapkach zapomniałam. Nie sądziłam zresztą, że mnie przyjmą. Myślałam, że nazwą histeryczką i odeślą z kwitkiem.

Jeszcze z izby przyjęć zadzwoniłam do szefowej. Że szpital. Że nie wiem, na ile dni. Że teksty do publikacji są już przygotowane, tylko jeden wywiad jeszcze trzeba dodać. Pamiętam pytania z tego wywiadu. I odpowiedzi rozmówcy.

Potem była winda. Szpitalna widna, która telepała się, szarpała i zacinała. Sala z czterema wiekowymi paniami. Od jednej pożyczyłam później łyżkę do zupy, żeby zjeść wystygnięty, brejowaty krupnik.

Tuż przed USG żartowałam z lekarzem na temat firm produkujących medyczne prezerwatywy. Chwilę później usłyszałam: „Że też ja zawsze muszę przekazywać takie złe wiadomości”.

Potem stos szpitalnych dokumentów, ankiet, wywiadów i zgód. I pytanie innego lekarza: „Rozumie pani swoją sytuację?” Ból był wtedy już tak silny, że nie mogłam utrzymać w ręce długopisu, by podpisać podsuwane papiery.

Pielęgniarka stała przy moim łóżku i gładziła mnie po ręce: „Będzie lepiej, gdy sama wyronisz. Tak będzie dla ciebie dużo lepiej”.

Jego ciałko było maleńkie, ale wcale nie zimne. Miało w sobie moje ciepło.

Trzy lata temu umarło moje pierwsze dziecko. Nadal pamiętam każdą chwilę tamtego dnia.

Księżycowy

Chwilę po północy zalało nam kuchnię. Jak zwykle o tej porze zmywałam naczynia, gdy gdzieś z rur spod zlewu zaczęł lać się woda. „Pięknie!” – pomyślałam – „Zostaniemy na Sylwestra i Nowy Rok bez czynnego zlewu”.

Trzy godziny później, gdy już jako tako spałam, Ela zalała nam sypialnię. Oj, nie całą. Głównie nasze łózko. Głównie głównie moją część łóżka.

Kolejne trzy godziny później siedziałam na twardym szpitalnym taborecie i skwapliwie odpowiadałam na pytania:
- Ciąża?
- Trzecia.
- Poród?
- Drugi.
- O której odeszły wody?
- O 3.30.
- Pani Krysiu, to już czwarta – lekarz zwrócił się do siedzącej obok pielęgniarki. – Mówiłem, to ten Księżyc.
- Ale co Księżyc, przepraszam? – zapytałam między skurczami.
- Dziś jest pełnia. Przy pełni kobietom częściej odchodzą wody. Jest pani czwartą pacjentką z odpłynięciem tej nocy.

W sumie to dość logiczne – skoro nasz satelita oddziałuje na morza i oceany, to co to dla niego to moje małe, prywatne morze wewnętrzne?

Sześć pełni księżyca temu narodziło się moje trzecie dziecko. Nadal pamiętam każdą chwilę tamtego dnia.

Co Wiktoria wozi wózkiem?

Mylą się srodze P.T. Czytelnicy, którzy sądzą, że w wózku dla lalek wozi się lalki. Nazwa sprzętu w tym wypadku jest wybitnie symboliczna, wysoce metaforyczna i dalece przenośna.

Oczywiście bywa i tak, że tzw. wózek dla lalek rzeczywiście wiezie lalkę. Są to chwile rzadkie i uroczyste. Lalka jest porcelanowa. Ma piękne złote loki, nienachalny uśmiech, wielkie, błękitne oczy ukryte za firaną rzęs, przyodziana zaś jest w zamszową suknię Dobrze Wychowanej Młodej Damy i gustowny kapelusik. To artefakt mamy ze szkolnych czasów. Gdy Wiki wyrzuca lalę z wózka, porcelanowe nóżki i rączki dźwięcznie dzwonią o terakotę. Porcelanowa Gertruda jest jedyną przedstawicielką lalkowatych i pluszakowatych, której wolno przycupnąć w wózku.

Co więc Wiktoria wozi wózkiem dla lalek? Elusiowe Grzechotki. Plastikowe kubeczki. Pięciocentymetrowego traktorzystę. Kamienie. Oraz piasek. Najczęściej jednak wózek jest wożony pusty. Bo najfajniejsze jest to, że coś się prowadzi. I że to coś ma aż cztery kółka. I że może służyć na spacerze jako wielka kieszeń na drobiazgi (czyt. kamienie i piasek). O!