Poskromienie złośnicy

Wiki obudziła się z dziennej drzemki w wyjątkowo parszywym nastroju i obrała metodę działania pt. „Nie chcę, chcę, nie chcę”.

Nie chcę wyjść z łóżeczka, chcę wyjść z łóżeczka, nie chcę wyjść z łóżeczka. Nie chcę zmienić tego zasikanego pampka z kupą, chcę zmienić pampka, nie chcę zmienić pampka. Nie chcę wyjść z sypialni, chcę natychmiast wyjść z sypialni, jednak nie chcę wyjść z sypialni – tu będę stać i co mi państwo zrobią. Nie chcę się tulić, przytul mnie natychmiast, przecież mówiłam, że nie chcę się tulić. Nie chcę zjeść obiadu, chcę zjeść i swój, i Eli obiad, nie, jednak nie chcę zjeść obiadu…

Za to Ela zdecydowanie chciała zjeść obiad.

Nie mogłam wsadzić Elutka w fotelik samochodowy i nakarmić, jak to zwykle robię, bo Wiki krążyłaby wokół nas, otwierając japeczkę i dopraszając się karmienia (Aaaam! Mama, aaaam!), a następnie plując tą wyżebraną strawą na dywan i kanapę. Złożyłam więc naprędce Elusiowe wysokie krzesełko do karmienia, nówkę sztukę, dopiero co kupioną w Ikea i usadziłam w nim młodszego gada. Starszy gad od razu zapragnął zasiąść w swoim, takim samym krzesełku. Wyjęłam dwie łyżeczki i dwa obiadki.

Wiki oczywiście nadal nie chciała jeść-chciała jeść-nie chciała jeść. Zignorowałam więc jej czcigodną osobę i spokojnie karmiłam Luśkę. W połowie Elusiowego obiadu Wiki poprosiła o łyżeczkę i słoiczek ze strawą. Po chwili pałaszowała obiad, aż jej się uszy trzęsły.

I tu płynie dla nas nauka wielka. Jak przekonać dziecko do zjedzenia czegoś, czego zjeść bardzo nie chce? Nie przekonywać. Nakarmić rodzeństwo.

W szponach piekarnika

Tak, wiem, że jest fala upałów. Może to właśnie one mi zaszkodziły… A może mój organizm domaga się wizyty w saunie i te 30 stopni za oknem mu nie wystarcza? Tak czy inaczej, od dwóch tygodni przechodzę fazę pieczenia. Każdego dnia rozgrzewam piekarnik do 200 stopni i piekę, piekę, piekę.

Zaczęło się od przepysznego ciasta z budyniem i wiśniami, które podpatrzyłam u Zakurzonej. Upiekłam je dwa razy, dorabiając do kompletu bezy (bo co się miały niewykorzystane do ciasta białka jajek marnować). Potem były jagodzianki, drożdżowe bułeczki i pizza. Dziś robię biszkopt z polewą czekoladową, a za dwa dni francuskie rogaliki.

Może jak zrobię jeszcze struclę, roladę, tartę i sernik na zimno, to mi przejdzie? Nieco się obawiam, że w wyniku takiej dbałości o linię będzie ona gruba i wyraźna.

Z tej mąki nie będzie chirurga

Oporządzam dzieci po kąpieli.

Z pietyzmem wklepuję Bepanthen w Wikulowe cztery litery. Wiki macha nogami jak przy „rowerku”. W pewnej chwili nieruchomieje i zdjęta trwogą mówi: „Oooo! Tuuu!”. Wskazuje przy tym palcem na swoją stopę. „Co się stało, kochanie?” – pytam, przekonana, że zauważyła jakiś nowy strupek, zadrapanie lub (fascynujące ją ostatnio) odgniotki od ściągaczy skarpetek. „Tuuu!” – powtarza Wikul. Patrzę więc we wskazane miejsce, a tam…

„To są żyły, kochanie. W nich płynie krew. Ja też mam żyły. O, zobacz.” Z wdziękiem prezentuję niebieskie linie na rękach i nogach. „Tata?” – pyta oczywiście córunia tatunia. „Tak, tata też ma żyły”. Dziecię wydaje się usatysfakcjonowane prezentacją, wracam więc do przerwanego zapampkowywania.

Trzy sekundy później słyszę pełne trwogi „Oooo! Tuuu!”. Wiki zauważyła żyły na swoich rękach.

Pożegnanie

Wykradaliśmy się na nocny seans do kina.

Film zaczynał się o 22.15. Dzieci, nakarmione, wykąpane i przebrane w pachnące świeżością pidżamki, położyliśmy spać na tyle wcześniej, żeby zdążyły mocno zasnąć przed naszym wyjściem. Wszystko szło zgodnie z planem.

Wykradaliśmy się tedy do kina. Po omacku zakładaliśmy w przedpokoju buty, żeby łuna światła nie rozbudziła śpiącego w sypialni Wikula. Pocichuśku żegnaliśmy się z babcią Ewą, zostającą z dziewczynkami w domu.

- Wrócimy przed pierwszą – szepnęłam scenicznie do mamy.

- Ok, bawcie się dobrze. Cześć – odszepnęła równie scenicznie.

- Pa pa pa – zawołała z sypialni Wiktoria, a my zamarliśmy w bezruchu.

W Warszawie dzieci nie grymaszą

Właśnie kończę czytać książkę o sobie samej. Lektura jest bardzo przyjemna, między innymi dlatego, że autorka była mną zachwycona.

Dziwiła się wielce, że dziewczynki same zasypiają, odkąd skończyły kilka tygodni życia. Że idą spać o ustalonej przez nas porze i wstają dopiero wówczas, gdy ja uznam, że rozpoczynamy nowy dzień. Że nie biegniemy do nich w nocy na każde zakwilenie, tylko spokojnie czekamy, czy uda im się uspokoić samodzielnie. Dziwiło ją, że jedzą cztery posiłki w ciągu dnia i nie podjadają pomiędzy nimi łakoci. Że pory tych posiłków są stałe. Że Wiktoria wsuwa na obiad michę makaronu z pesto lub fasolkę po bretońsku. Że dziewczynki piją tylko wodę. Że Wikul ćwiczy się w cierpliwości – czeka na posiłek, na ściągnięcie z regalu zabawki, na wyjęcie z wózka po powrocie ze spaceru. Że obie panny potrafią bawić się same, bez moich ingerencji i interwencji. Że na placu zabaw nie chodzę za Wikulem krok w krok – może swobodnie zlatywać ze zjeżdżalni i wygrzebywać z piasku robaki. Że nie trajkoczę do dzieci non stop, pozwalając im chłonąć ciszę i spokój, tak rzadkie w dużym mieście, i poznawać świat bez mojej odautorskiej narracji. I że nawet bardzo małe dziecko może aktywnie pomagać w domowych porządkach i precyzyjnie wykonywać złożone czynności.

Dziwiło ją także, że w ciążach przybrałam tylko 14 i 12 kilogramów i że zrzuciłam je w ciągu dwóch tygodni po porodach. Że mój ciążowy brzuch nawet w dziewiątym miesiącu wyglądał zaledwie jak piłka do koszykówki, a patrząc na mnie z tyłu, nie dało się zauważyć, że spodziewam się dziecka. Że moja ginekolog* pozwoliła mi na wszystko z wyjątkiem alkoholu, papierosów i basenu. Jedyne, przed czym mnie ostrzegła, to zbytni przyrost wagi. Że szybko przestałam karmić piersią, zamiast spędzać upojne tygodnie czy miesiące na randkach z laktatorem.

Że pomimo tego, że jestem matką, uważam wieczór i noc za święty czas dla dorosłych – oglądanie bajek o piątej rano czy bunt przy zasypianiu są dla mnie niewyobrażalne. Że nie ubieram się w dresy i znajduję czas na umalowanie rzęs.

Dziwiło ją tyle rzeczy, które ja uważam za naturalne.

Mnie zdziwiło to, że według autorki – jestem paryżanką. I wychowuję dzieci po francusku.

I to, że znalazłam w książce „W Paryżu dzieci nie grymaszą” dewizę mojego macierzyństwa:

„W zasadzie nie mam wątpliwości co do tego, czy jestem dostatecznie dobrą matką, ponieważ naprawdę wierzę, że nią jestem”.

 

PS Zazdroszczę paryżanom trzech rzeczy: serów, żłobków i tego, że gdy zostawią dzieci pod czyjąś opieką, nie muszą się martwić, czy opiekunka/ babcia/ ciocia wywróci im w głowie swoimi koncepcjami wychowawczymi. Bo, jak twierdzi Pamela Druckerman, we Francji wszyscy stosują się do tych samych zasad – moich zasad…

* Dziwnym trafem gdy byłam w ciąży z Elą, opiekowała się nami lekarka francuskiego pochodzenia.

Potrzeba (prawie) serca

Na imieniny zażyczyłam sobie biustonosz – nieciążowy, absolutnie nienadający się do karmienia, utrzymujący co trzeba w niemieckim porządku i cieszący oko. Pakiet prezentowy miał obejmować także samodzielny wybór towaru w sklepie – w konkretnym sklepie na drugim końcu miasta.

Żeby dojechać tam od nas, trzeba najpierw telepać się metrem, potem przesiąść na autobus, a na końcu władować w tramwaj. Po około godzinnej podróży (bez korków i przy krótkim czasie oczekiwania na przesiadkach…) dociera się do upragnionego celu, ale nie oznacza to wcale, że uda się go opuścić z równie upragnionym pakuneczkiem w torbie. Panie ekspedientki nie pozwalają bowiem na zakup, jeśli według nich coś „nie leży”. Ileż to razy, gdy mówiłam: „O, ten biustonosz jest świetny. Kupuję”, słyszałam w odpowiedzi: „Przykro mi, ale ja go pani nie sprzedam. Proszę przyjechać za dwa tygodnie, będzie dostawa, wtedy coś wybierzemy”. I wracał człowiek pokornie godzinę (albo i dłużej) do domu, by we wskazanym terminie znów odbyć pielgrzymkę do sklepiku z bielizną.

Wyłuszczyłam to wszystko ukochanemu chłopu. „To opłaca ci się jechać do tego sklepu tak daleko?” – zapytał. „Opłaca” – odparłam. „Bardzo opłaca. Bo jadę bez dzieci… Będę mogła czytać, gapić się na innych dorosłych, albo zwyczajnie nic nie mówić i oglądać świat bez konieczności wypatrywania znaczków na przejeżdżających samochodach. O tak, opłaca mi się tam jechać”.

Jednak na imieniny nie dane mi było zaznać relaksu z książką w środkach transportu publicznego, bo córunie dostały kataru, a zostawienie na ponad trzy godziny chorych dzieci z chłopem jest barbarzyństwem dla obu stron… Za to dziś, z okazji przyjazdu babci, zdezerterowałam po zaległy prezent.

Gdy po miłej przejażdżce przez miasto dotarłam do butiku, już na progu desperacko zakrzyknęłam: „Potrzebny biustonosz!”

I panie ruszyły do boju…