Klaskaniem mając obrzękłe prawice…

Ela zaczęła siadać. Gdy udało jej się to po raz pierwszy, entuzjastycznie zakrzyknęłam: „Tatusiu, zobacz, twoja córeczka siedzi! Wikulku, twoja mała siostrzyczka nauczyła się siedzieć! Brawo, Elu!” – i zaklaskałam w dłonie. Wiki podchwyciła to klaskanie i od kilku dni klaszcze za każdym razem, gdy Ela usiądzie lub gdy powiem magiczne słówko: „Brawo”.

A przedwczoraj Wiktoria postanowiła zacząć samodzielnie jeść łyżką.

Tu konieczna jest mała dygresja. Otóż Wiki jest, jak by to powiedzieć… dość wygodnicka. Taka królewna na ziarnku grochu. To, że umie robić pewne rzeczy, nie oznacza, że ma ochotę robić je sama. Przecież przyjemniej jest podetknąć mamie stopy pod nos i poczekać, aż zdejmie skarpetki, niż mordować się z nimi samemu. Wygodniej jest łaskawie otworzyć pyszczek, a rączki bezwładnie rozłożyć na boki i pozwolić się nakarmić mlekiem, niż samodzielnie trzymać taką niesłychanie ciężką i nieporęczną butelkę*. I lepiej także nie pchać się do samodzielnego jedzenia widelcem, tylko wskazywać palcem kąski, które mama ma na widelec nabijać. Koniec dygresji.

Gdy więc Wikul wyraził chęć samodzielnego wiosłowania łychą, gdy swój zamiar wprowadził w życie i gdy nie zmienił zdania po dwóch machnięciach sztućcem, gdy ponadto udało mu się na łyżkę coś tam nabrać, donieść to coś tam do ust i w nie wpakować – oczywiście zaczęłam bić jej brawo.

Dziś podczas kolacji, gdy Wiki zmęczyła się już samodzielnym jedzeniem, sama zaczęłam ją karmić. Za każdym razem, gdy wpakowałam jej do pyszczka łychę z kaszą, córka biła mi brawo.

Czuję się macierzyńsko doceniona.

 

Edit: Elunia nauczyła się od siostry klaskać. Tak więc wszystko jest już u nas oklaskiwane – razy dwa.

* Co prawda z butelką już pożegnaliśmy się ostatecznie i definitywnie z półtora miesiąca temu, ale tak właśnie wyglądało karmienie Wikula przez długie, długie miesiące.

Ding dong

Generalnie bywa u nas mało gości. Dzwonek domofonu oznacza najczęściej listonosza (rano), dostawę jedzenia (po południu) lub wracającego do domu ukochanego chłopa (wieczorem). Dlatego też gdy Wikul słyszy, że ktoś dzwoni, przeważnie woła radośnie „Tata! Tata!”, a ja potwierdzam: „Tak, kochanie, tatuś wraca z pracy/ ze sklepu”.

Dziś wieczorem miał nas odwiedzić wujek Jaś, by wraz z ukochanym chłopem powalczyć trochę przy X-boksie. Ukochany chłop właśnie wkładał Wikula do łóżeczka, gdy zadzwonił domofon. „Tata, tata!” – zakrzyknęła od razu Wiki.

W matni

Jeśli macie dzieci idealne, które zasypiają same, w swoich łóżkach, bez noszenia, dryndania, tulenia, kołysania, śpiewania, aczkolwiek w osobnych pokojach, i poweźmiecie decyzję o przeniesieniu jednego z tych idealnych dzieci do sypialni drugiego idealnego dziecka, i gdy na dodatek ta sypialnia jest też WASZĄ sypialnią, zaprawdę, powiadam Wam – siądźcie najpierw przed lustrem (jak kto lubi, to z flaszeczką, de gustibus…), spójrzcie sobie głęboko w oczy i odpowiedzcie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: „Czy życie Wam niemiłe?!”

Odkąd dwa tygodnie temu przenieśliśmy Elusiowe łóżeczko z salonu do sypialni, z każdym dniem (i nocą) coraz lepiej sobie przypominam, jak to jest być matką noworodka.

Pierwsza noc była obiecująca. I z perspektywy czasu widzę, że była to jedna z lepszych nocy od czasu przenosin. Do północy siedziałam wówczas przy lapie, udając, że niby czekam, czy się dziecina nie obudzi i nie podniesie larum. Potem poszłam umyć gary, cały czas nasłuchując ewentualnych krzyków z sypialni. Przed pierwszą zajrzałam jeszcze do sypialni – królowe spały. Wtarabaniłam się więc pod prysznic, karcąc się w duchu, że taka cisza i spokój, dzieci jak aniołki, a ja jakieś teorie spiskowe snuję. Usłyszałam Elunię dwie minuty później, z głową pod wodą i uszami pełnymi piany – znaczy się, że płacz był z tych konkretniejszych. Ale z uspokajaniem poszło wówczas gładko – Ela szybko ponownie zasnęła, a Wiki się nie obudziła. Cud, miód i orzeszki.

Następnej nocy Ela budziła się trzy razy. Ja w panice, że hałas obudzi Wikula, doskakiwałam do łóżeczka z włączonym napędem FTL*. Szczęśliwie Wiki mocno wówczas spała. Zaczęła się za to budzić o innych porach, w dodatku, rzecz niesłychana, z płaczem. Trzecia wspólna noc wyglądała więc tak:

  • pobudki Eli o 23.10, 23.25 i 1.15,
  • pobudki Wiki o 21.30, 2.00 i 4.20.

Do tego pojawiło się ząbkowanie i raczkowanie u Eli oraz ząbkowanie i zdzierające gardło napady kaszlu u Wiki. Ach, i jeszcze noce się zrobiły zimne, a panienki oczywiście non stop poodkrywane spały. Zarządziłam więc zakładanie na noc śpiworków, naiwnie wierząc w marketingowe hasełka, że dzieciom będzie ciepło, wygodnie i jak u mamy. Więc otóż moje dzieci mają inne definicje komfortu niż spece od marketingu sprzedający dziecięce wyroby bieliźniane – spanie w worze nie podpasowało ani starszej (bo żeby usnąć, trzeba się całkowicie odkryć, a w śpiworze tak się nie da, buuu), ani młodszej (bo żeby usnąć, trzeba sobie okręcić głowę kocem, a w śpiworze tak się nie da, buuu). Ela, żeby zasnąć, i tak potrzebowała polarowego kocyka, którym zakrywała sobie twarz. Zaś Wiki kręciła się na potęgę, a ponieważ miała nieco skrępowane nogi, co i rusz się przewracała i obijała o ścianki łóżeczka. Dziewczyny ani nie mogły spokojnie (i szybko!) zasnąć, ani potem nie zapadały w mocny, zdrowy sen. Śpiwory poszły więc won i wróciliśmy do spania klasycznego, czyli Wiki – na kołdrze, Ela – z głową pod kocem.

Tymczasem ja, wbrew własnej woli, zaczęłam zrywać się z łóżka na każde, najcichsze nawet sapnięcie którejś ze śpiących królewien. Mechanizm działa niezawodnie – matczyny imperatyw konieczny, silny jak odruch u psa Pawłowa, budzi mnie w nocy po wielokroć, włączając pauzę nawet w najciekawszym śnie. Więc zrywam się i biegnę, wiatr po niebie dzwoni, serce w piersi zamiera… a to tylko Ela szuka smoka w łóżeczku. I tak piętnaście razy każdej nocy. Plus te 4-5 przebudzeń Wikula. Plus zasypianie grubo po 1 w nocy. Czy może być gorzej? Może.

Gorzej było właśnie dziś. O 1.15 dowlokłam się do wyra, nieprzytomna tak, że w połowie „Ojcze nasz” zapomniałam słów modlitwy. Zaczęłam więc odmawiać ją od początku, ale gdzieś w okolicach chleba naszego powszedniego urwał mi się film. O 1.30 Wikul obudził się z płaczem. A tam – z płaczem – darła się na całe gardło. Mury Jerycha by decybelami zburzyła i dziwi mnie niezmiernie, że nasz blok jakimś cudem przetrwał ten armagedon. Włączyłam FTL, doskoczyłam do niej, w egipskich ciemnościach wygrzebałam z łóżeczka Prosiaczka, podetknęłam go pod zasmarkany nos, zaoferowałam swoje ramie do wypłakania i ręce do wygłaskania. Po 7 minutach oddech Wikula się jakby wyrównał, uspokoił, a łzy obeschły, więc ułożyłam dziecię w łóżeczku, otuliłam kołdrą i stertą cysiulków i powlokłam się do własnego łóżka. O 1.38 Wikul znów ryczał. A ileż było w tym ryku niezgody na samodzielne zaśnięcie, ileż dzikiej wściekłości, ileż emocji wybitnie nieanielskich. Skoro tulenie nie pomogło, to może ignorancja? – pomyślałam i zarzuciłam sobie na głowę kołdrę. Schowana pod nią nasłuchiwałam, kiedy do pierwszego wokalu dołączy wokal drugi, ale, rzecz niebywała, Elunia cały czas spała. Jak można spać przy dźwiękach startującej rakiety? – dziwiło mnie niezmiernie, ale też, nie ukrywam, niezmiernie cieszyło. Bo dwa ryjki na mnie jedną tuż przed 2 w nocy to byłoby stanowczo za dużo. Po 8 minutach kitrania się pod kołdrą skapitulowałam i poczłapałam po Wikula. Zgarnęłam ją do własnego wyra i wtuliłam się w te jej zasmarkane ramionka. A Wikul nadal porykiwał.

Wreszcie obudziła się Ela. Wyczekałam moment, gdy obie panny były w mirę spokojne, Eli wetknęłam do pyszczka smoka i poprawiłam kocyk (czyli podałam jego róg, by dziecina mogła zakryć sobie nim twarz), Wikula ułożyłam w jej własnym łóżeczku (bo skoro w moim i tak nie zasypia, to czemu ma mi smarkać na poduszkę?) i zwiałam do salonu. Była godzina 2.15. Doczłapałam do kanapy, otuliłam się kocem. W sypialni – cisza. I cisza. I cisza.

O 2.30 Wiki ponownie włączyła alarm. Wróciłam więc do niej, klęknęłam przy łóżeczku i tak klęcząc i tuląc ją do siebie spędziłam następne 14 minut.

O 2.44 do domu wrócił ukochany chłop. Wszedł do sypialni, podszedł do Wikulka, ułożył dziecię w łóżeczku, przykrył kołdrą i wyszedł z pokoju. Wiki zasnęła.

A ja przewracałam się z boku na bok, zbyt wściekła, by zasnąć i całkiem pewna, że choć następnego dnia będę zupełnym zombi, dziewczęta obudzą się wypoczęte i całe w skowronkach. I oczywiście tak właśnie było.

 

 

* FTL (Faster Than Light) – napęd pozwalający statkom kosmicznym pokonać barierę prędkości światła.

Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka

Krwiożercze bestie nie odpuszczają, ale i my dziarsko stawiamy im czoła. Na dzisiejszą bitwę czołg wyjechał w pełnym zamaskowaniu. Wiecie, jak wygląda bliźniaczy wózek obleczony w czarną moskitierę? A widzieliście kiedyś karawan? No.

Pierwszy raz w życiu zakładałam moskitierę na wózek. Po dziesięciu minutach wymachiwania nią niczym płachtą na byka, przypinania jej do budki, rączki i podnóżków to tak, to siak, przewracania to na lewą, to na prawą stronę oraz upychania sprzączek i zatrzasków w różnych dziwnych miejscach zaczęłam się zastanawiać, czy nie poszukać w internecie instrukcji obsługi.

Tylko proszę nie wyjeżdżać mi tu z hasłami, że zakładanie moskitiery jest proste jak budowa cepa, że to tylko kawałek tiulu z gumką itd., itp. Moskitiery na wózki pojedyncze może takie właśnie są - proste i intuicyjne. Obleczcie w maskującą siatkę czołg, to pogadamy o intuicyjności. Obleczcie go w warunkach ekstremalnych, gdy jedno dziecko niecierpliwe popiskuje i plącze się pod nogami, a drugie wspina się do wózka, zrywa z niego tę mozolnie mocowaną płachtę lub próbuje PRZEZ NIĄ przeniknąć na siedzisko – a odznaczę Was medalem za szczególne zasługi.

Wreszcie jednak się udało – i to bez pomocy wujaszka Googla. Usadowiłam za siatką dzieciska (Ela zachowywała się jak mim udający obmacywanie niewidzialnych ścian budki telefonicznej), sprawdziłam szczelność bariery ochronnej, dla wzmożonej ochrony wypsikałam nas specyfikiem odstraszającym komary (a te od razu zleciały się do nas jak pszczoły do miodu) i zapuściłyśmy się na terytorium wroga…

Raczej szybko osiwieję

Walczyłam z migreną. Walczyłam zupełnie nieskutecznie i bez najmniejszej szansy na wygraną, bo cały świat uparł się trzymać sztamę z tą francą, a nie ze mną… Administracja budynku urządziła pod moimi oknami konkurs koszenia trawy, Ela raz za razem raczyła moje nozdrza intensywnie woniejącą pampkową perfumą, a Wikul non stop ćwiczył aparat mowy.

Siedziałyśmy właśnie w sypialni. Ela broniła się przed unieruchomieniem na cztery sekundy, potrzebnym do wytarcia jej pupska, a Wiki gadała.

- Lo lo lo lo lo lo lo lo lo lo lo lo – mantrowała, wyjmując z szuflady komody worek z Elusiowymi skarpetkami. – Tu tu tu tu tu tu tu tu tu! – pokrzykiwała, gdy wyciągała z niego zwinięte w kulki skarpety. Ta! – wołała tryumfalnie po rozdzieleniu każdej par, a potem znów: – Lo lo lo lo lo lo lo lo…. – gdy wygrzebywała z szuflady kolejne ubrania.

Kosiary szalały za oknem, Ela szalała na łóżku, Wiki szalała przy komodzie. Ja starałam się nie oszaleń i nie ruszać głową, bo każde drgnięcie ciała rozkładało mnie na mentalne łopatki.

Gdy tak Wikul trzaskał kolejnymi szufladami, przypomniało mi się, jak to jedna z bliźniaczek Kruszyzny wlazła kiedyś do podobnej komody. Dobrze, że nasza nie jest wysoka, tylko szeroka, niska, przysadzista i bardzo ciężka, bo inaczej Wiki pewnie by ją przewróciła na siebie – pomyślałam… i kątem oka dostrzegłam, że Wikul właśnie przewraca na siebie naszą szeroką, niską, przysadzistą, bardzo ciężką komodę.

Wystrzeliłam w ich kierunku i złapałam cholerstwo (mebel, nie córkę) w, jak to się dramatycznie mówi, ostatniej chwili – jeszcze pół sekundy i komoda przewróciłaby się na dobre, a szuflady niechybnie przygniotłyby Wikula. Tonem nieznoszącym sprzeciwu nakazałam Wiki w te pędy iść do salonu, by nie była świadkiem miażdżenia matki przez mebel szwedzkiej produkcji. Wikul oczywiście do salonu nie poszedł, ale wycofał się przynajmniej do przedpokoju.

Tymczasem z niebezpiecznie przechylonej komody zsuwały się kolejne sprzęty: lampa, dziecięce kocyki i śpiworki do spania, pojemniki z pampkami, maść do pupy, kremy, gryzaki, maskotki, dziecięce ubranka i przed chwilą zmieniony Elusiowy pampul. Część z tych rzeczy wpadała do otwartych szuflad, część spadała na podłogę. Burdel robił się coraz większy, Wikul co chwilę wchodził do sypialni, by mi pomóc postawić komodę do pionu, ja co chwilę odsyłałam go, drąc się, że nunu, kuku, ziazi i że ma stać daleko, a Ela leżała z gołą, niezapampkowaną pupą na samym skraju naszego łóżka.

Udało mi się pozamykać szuflady, przytrzymując je biodrem, nogą, ręką – czym popadnie, byle tylko przesunąć środek ciężkości komody jak najbliżej ściany, a jak najdalej od podłogi. Ale mebel utknął w takiej pozycji, lekko przechylony do przodu, za Chiny nie dając się normalnie postawić. Pomocowałam się z nim jeszcze trochę i wreszcie coś stuknęło, puknęło i komoda wylądowała mniej więcej na swoim miejscu. Zajrzałam za nią, tam, skąd dobiegł mnie ten dziwny stuk – acha, uszkodzona listwa przyścienna… Ale parkiet cały, niepodziurawiony rogami szuflad, Ela cała, bo moje show tak ją zainteresowało, że zamiast zwyczajowo raczkować w stronę krawędzi materaca, wgapiała się we mnie jak zahipnotyzowana, Wikul też cały i już garnący się do ponownego grzebania w szufladach…

- Wiki, zostaw natychmiast tę komodę. Bo znów ją przewrócisz. Wiki, słyszysz, co mówię? A spadaj na bambus! – zakrzyknęłam niepedagogicznie.
- Babu, babu, babu, babu, babu, babu – odpowiedziało mi zafascynowane nowym wyrazem Wikiecho…

Elunia padła ofiarą krwiopijców i skąpców

Miasto opanowały bestie. Atakują całymi hordami i nie sposób przed nimi uciec. Dawniej wychodziły na żer dopiero pod wieczór, teraz panoszą się wszędzie niemalże od rana.

Krwiożercze potwory szczególnie upodobały sobie Elunię. Po dzisiejszej nocy naliczyłam tylko na jej szyi, policzkach i uszach dwadzieścia siedem ugryzień. Na każdej ręce ma po dwadzieścia kilka śladów, a łącznie na całym ciele jest ich ponad sto, mimo że staram się szczelnie okrywać ją ubraniem. Niektóre miejsca są tak pogryzione, że nie widać nawet pojedynczych bąbli, tylko wielkie, kilkucentymetrowe, czerwone nabrzmienia.

Psikam ją sprejami na owady, ale te kosmetyki dla dzieci są obwarowane pierońskimi wymogami bezpieczeństwa, więc nic to całe psikanie nie daje. Smaruję żelem łagodzącym ukąszenia, ale… jw. Mam wrażenie, że farmaceuci robią sobie z nas jaja, wciskając jakieś homeopatyczne czary mary z zapewnieniem, że będzie pan/i zadowolony/a…

Ale największy w…nerw mnie bierze na nasz stołeczny ratusz. Chciałabym poznać personalia tego mistrza, który zadecydował, że w Warszawie nie będą przeprowadzane opryski przeciw komarom i zasłonił się chwytliwymi hasłami o niezaburzaniu ekosystemu, zamiast szczerze wyznać, że 200 tys. zł to według niego zbyt wygórowana cena*, by zapewnić mieszkańcom możliwość wyjścia po południu z domu. Przesyłałabym mu codziennie zdjęciową dokumentację rezultatów jego decyzji, wraz z kserokopiami rachunków za preparaty przeciw i po.

 

* Ponoć Wrocław przeznaczył na walkę z komarami prawie dwa razy większą kwotę. Rzeczywiście, dwa lata spędzone w dość bagiennym przecież Breslau wspominam jako niezbyt zakomarzone.

Wikul wilkiem podszyty

Wiki nabrała dość nieznośnego dla otoczenia zwyczaju. Otóż zaczęła wyć.

Wyje niczym wilk do księżyca – z tą różnicą, że wilk ćwiczy gardło głównie nocami, a Wikul koncertuje od rana. Wyje, gdy się przewróci i gdy coś przewróci. Gdy w coś się pacnie i gdy kogoś* pacnie. Gdy coś do niej powiem („Wikulku, chodź, zmienię ci pampula”) i gdy czegoś nie powiem, na przykład nie udzielę wyczerpującej odpowiedzi na pięćdziesiąte w ciągu godziny pytanie „Tu?” [czyt. Co tu jest?].

Do kompletu w wyciem czasem dochodzi leżenie na podłodze, czasem stanie w jakimś ciemnym kącie, czasem chowanie się za firanką, czasem rzucanie się z impetem na moje nogi, a czasem tulenie się w mą matczyną klatę i wycie mi prosto do ucha….

Jeśli nie oszaleję, to ogłuchnę**.

* Z ktosiów ma do wyboru głównie mnie i Elę. Ela po dostaniu pacnięcia od starszej siostry wyszczerza japę w wielkim uśmiechu.

** Co ma swoje plusy, bo za lat naście nie będę słyszeć mendzenia typu: „Mamo, dałabyś na kino. Mamo, kupiłabyś mi nowe spodnie. Mamo, a daj z dychę, bo idę z Krychą/ Krzychem na miasto”…