Królowa Wiktoria Hojna

Robiłam przegląd jesienno-zimowych gronostajów królowej Wiktorii. Sprawdzałam, z których już wyrosła, a co jeszcze w tym roku będzie na nią dobre. Tymczasem Wiki wygrzebywała z szafy swoje buty. Najpierw znalazła sandałki, potem gumiaczki z wiosny, na końcu Gucie z początku lata. Rozsiadła się na podłodze, obłożyła tymi butami dookoła i zaczęła je przymierzać. Były już przymałe, więc szło jej słabo.

- Kochanie, masz już za dużą stópkę na te buciki.
- Titi? Tu?
- Nie, Wiki ma już za dużą stópkę. Buciki są na ciebie za małe.
- Ela! Ela! – wykrzyknęła wspaniałomyślna Wiki, podbiegła do Eluni i przekazała jej całą obuwniczą darowiznę.

Jak zachęcić dwulatka do sprzątania zabawek?

Jest takie jedno magiczne zdanie. Nie trzeba nęcić dziecka słodyczami, obiecywać bajki, kusić spacerem czy kąpielą. Nic z tych rzeczy. Należy po prostu powiedzieć: „Kochanie, zaraz będziemy ćwiczyć. Zbierz zabawki z dywanu, żebyśmy miały miejsce”.

Uprzątnięcie trzech kompletów klocków (wraz z ich segregacją na drewniane, gumowe i Lego), tuzina książeczek, grzechotek, maskotek i kubeczków z sokiem zajęło Wiktorii niecałą minutę. Wszystkie wyżej wymienione dobra ustawiła w równym rządku na toaletce.

Ja w tym czasie dokończyłam mycie szklanki, wytarłam i nakremowałam ręce. Gdy weszłam do salonu, Wiki czekała już przed telewizorem na spotkanie z JM.

Zastanawiam się, co minie szybciej – jej motywacja do sprzątania, czy moje zakwasy…

Królowa Destrukcja

Elunia rozpoczęła realizację projektu o kryptonimie „Samozniszczenie” – wpada na meble, kanty, krawędzie, rozbija się na lewo i prawo, kolekcjonuje siniaki i szramy. Szczególnie w tych działaniach upodobała sobie nasze łóżko. Podraczkowuje do niego i rąbie się w czoło, brodę, nos, policzki… Po wczorajszym takim tête-à-tête przez pół dnia widniała jej pod lewym okiem ognista pręga.

Oczywiście każde stłuczenie jest suto okraszone płaczem. To dla mnie pewna nowość. Wikul był pod tym względem twardzielem. Do pierwszego roku życia rozpaczliwe ryki zdarzyły się pierworodnej dwa. Raz – gdy rozcięła dziąsła o stolik do TV. Była pierwsza krew, były moje roztrzęsione ręce, było rozpaczliwe sprawdzanie, czy ząbki całe… Drugi alarm również był krwawy, choć już nie pamiętam, czym i o co wtedy Wiki uderzyła. Przy innych zmaganiach z grawitacją i kanciastością świata Wiktoria nie uważała za stosowne reagować wysokim altem.

Za to Elunia… cóż, może w przyszłości będzie pracować jako płaczka. Praktykę ma już znakomitą. W dodatku jest w swej niedoli niesłychanie przekonująca. Po dzisiejszym porannym zderzeniu z naszym łóżkiem rozpłakała się tak bardzo, minkę zrobiła tak nieszczęsną, a łzy wypuściła tak olbrzymie, że Wikulek, widząc to, także rozpaczliwie zaniósł się płaczem. „Ela, Ela kuku! Ela kuku!” – wołała przez łzy załamana Wiktoria. A ja tuliłam do matczynej mej piersi dwie roztrzęsione dziewoje, powtarzając (głównie sobie): „Spokojnie, cichutko, spokojnie”.

My trzy i Jillian Michaels

Natchniona przez Zakurzoną, postanowiłam nieco poćwiczyć. Nie to, żebym na co dzień miała zbyt mało ruchu. Regularnie trenuję sprint (po domu za uciekającym Wikulem), ćwiczę skłony (przy odciąganiu Eluni od kontaktów, kabli i kantów mebli) oraz wykonuję ćwiczenia siłowe (12 kilo na klatę, gdy podnoszę Wikula, 11 kilo na klatę – przy Eluni). Jednakże te przydziecięce aktywności nie wpływają na sylwetkę tak, jakbym sobie tego życzyła. Zamiast smukła i sprężysta, robię się coraz bardziej przygarbiona i skostniała.

Najbardziej przereklamowane są zaś spacery. Gdy Wikulek był mały, spacerowałam z nią KAŻDEGO DNIA. Tymczasem zamiast chudnąć, robiłam się coraz okrąglejsza i cięższa. I brzuch mi się nawet jakiś taki duży zrobił! I zadyszkę miałam coraz większą! Z dziewięć miesięcy tak tyłam i tyłam… Dlatego z całą mocą twierdzę – spacery są przereklamowane. Najszybciej i najskuteczniej poprawia sylwetkę poród. Na drugim miejscu stawiam regularne ćwiczenia inne-niż-krzątanina-przy-dzieciach. A że póki co środka nr 1 nie planuję, w walce o linię postanowiłam sięgnąć po środek nr 2. Zaprosiłam więc do domu Jillian Michaels.

Muszę przyznać, że kobitka całkiem miła i do rzeczy. Nieco zbyt amerykańska, jak na mój gust, ale naprawdę sympatyczna. Dziewczynki chyba też ją polubiły. Elunia wpatrywała się w nią jak w obrazek, a Wiki próbowała naśladować pokazywane przez Jillian ćwiczenia. Było zabawnie.

Ja ulokowałam się na środku pokoju, a obie panienki zwiesiły się na stoliku TV. Gdy zaczęły się pierwsze ćwiczenia i zaczęłam wymachiwać kończynami, przerzucały wzrok z telewizora na mnie i znów na telewizor. Gdyby umiały mówić, pewnie usłyszałabym w tym momencie ich pierwsze cierpkie komentarze, że kolana wyżej, stopy razem i oddychaj miarowo, a tak mogłam bezkarnie sapać, stękać i koślawo podskakiwać.

Po jakimś czasie Wikul zaczął naśladować niektóre ćwiczenia. Próbowała skakać z nogi na nogę i robić pajacyki. Najbardziej przyłożyła się do wykopów a’ la kick-boxing. Mam nadzieję, że nie będzie potem prezentować na siostrze zdobytych umiejętności…

Po szesnastu minutach treningu zaczęłam wymiękać, zwłaszcza że dziewczyny podniosły mi poziom trudności. Ela zaczęła turlać się po dywanie, co i rusz uderzając się o coś, więc co trzecie ćwiczenie wykonywałam z nią na rękach (nie chciałam przerywać, żeby mi tętno nie spadło poniżej tych ciężko uzyskanych 200 uderzeń na minutę). Wikul za to uznał, że będzie mi się efektywniej machać nogami, gdy ona się na nich uwiesi. I tak sobie ćwiczyłam, z Wikulem między i/ lub pod nogami, a Elą między i/ lub pod stopami…

W dwudziestej czwartej minucie dostałam wreszcie kolki i z czystym sumieniem pożegnałam Jot Em. Potem położyłam dzieci na drzemkę, a sama, ledwo żywa, zaległam na kanapie z książką, delektując się wydzielanymi endorfinami.

Kieracik welcome tu

- Baba bu bu bu.
- Babcia pojechała, brum, brum, brum.
- Dom.
- Do swojego domu.
- Kok i cha cha.
- Do kota i psa.
-.I Didi.
- Tak kochanie. Babcia pojechała do swojego domu, do kota, psa i cioci Idy.

Tak więc, Mili Państwo, wracam z oddzieciowych wakacji do mojej przaśnej szarodzienności.

Dziś rano wybrałyśmy się do biblioteki, bo Wikul od kilku dni truł non stop, że chce iść odda bu [czyt. oddać book]. Wymieniłyśmy „Projekt matka” na „Bojową pieśń tygrysicy”, więc teoretycznie Wiktoria powinna być kontent. Zawsze się rozczarowuje, gdy oddaję książki, ale nie wypożyczam nowych. „Dada?” – pyta wówczas. „Nie ma drugiej książki. Dziś nie ma drugiej”. „Dada? Ne?” – upewnia się, a zdziwienie maluje się na jej twarzy.

Więc dziś powinna być zadowolona – jedną oddałyśmy, jedną zabrałyśmy. Ale nie. Bo ona chciała iść jeszcze do innej biblioteki, a my byłyśmy tylko w jednej, w dodatku nie w TEJ ULUBIONEJ. Tak, tak, wszystko wskazuje na to, że Wikul ma swoją ulubioną filię Ursynoteki. Jej ulubioność zasadza się przede wszystkim na olbrzymiej ilości schodów, które do niej prowadzą

Przy okazji spaceru odkryłam ślady zepsucia, które na moich idealnych dzieciach pozostawiła wizyta babci. Zepsuła się głównie Wiki. Przede wszystkim nie chce trzymać się mojej ręki przy przechodzeniu przez jezdnię – siada po prostu na chodniku i niby to ciekawie rozgląda się dookoła. Minuty lecą, ja stoję kołami wózka już prawie na ulicy, Ela się niecierpliwi, kolejne samochody zatrzymują się przed przejściem, bo kierowcy uprzejmie nam ustępują pola (cha! boją się kraksy z naszym czołgiem!), a Wikul z żabiej perspektywy kontempluje piękno przyulicznej przyrody.

Poza tym panna W. robiła dziś awantury o:

  • zakaz wciskania guziczków w windzie (Ale jak to? Dlaczego nie mogę? Przecież CHCĘ wcisnąć! Mamo! MAMO!),
  • nienoszenie na rękach podczas spaceru (No wiecie co? Jeszcze nosić królewnę bym miała… A nogi to ma od czego?),
  • noszenie czapki na głowie (Ściągała nie tylko swoją, ale także Eli czapkę, nie przejmując się wcale tym, że Elunia akurat spała),
  • wybór kubeczka do picia (Bo chciała taki ze słomką, ale żeby pić bez słomki, tylko prosto z bardzo wąskiego gwinta. Dojście do tego, o co chodzi naburmuszonemu, wydzierającemu się i zniecierpliwionemu Wikulowi, zajęło mi dobrą chwilę).

To Wikulowe dzisiejsze problemy z godzin 10.30-12.00.

Żegnaj, jutrzenko swobody! Witajcie, dziecięce smrody!

Soul o czwartej nad ranem

Noc była dość rozrywkowa.

Najpierw ja, bardzo lekkomyślnie, utknęłam nad „Stuleciem chirurgów”. Potem, gdzieś koło pierwszej, u sąsiada za ścianą rozkręciła się impreza. „Dziwny jest ten świat” – śpiewało stado podbitych byczków z tanim podkładem karaoke w tle, a ich okrzyki „Głośniej! No dawaj! Jeszcze raz!” mieszały mi się z opisami dziewiętnastowiecznych technik usuwania kamieni żółciowych. Byłam jednak tak zmęczona, że ani fascynująca literacka rzeczywistość, ani ta tandetna zza ściany nie przegnały snu spod moich powiek. Odpłynęłam w okolicach drugiej.

Tuż przed czwartą Ela wszczęła alarm, stawiając na nogi cały nasz sypialniany skład. Uspokajanie jej trwało wieki. Gdy tylko odkładałam ją do łóżeczka, na nowo zaczynała płakać. Łapałam ją więc na ręce i dalej wydeptywałam ścieżkę na Kopiec Kościuszki. Po godzinie takich harców Elunia wreszcie usnęła. Przysiadłam na naszym łóżku, nadal trzymając na rękach Śpiącą Królewnę i bojąc się, że przy próbie ułożenia w łóżeczku, znów spłoszę jej sen.

Tymczasem sypialnię zalała cisza, tak upragniona w środku nocy. „O, za ścianą poszli spać” – skonstatowałam w duchu. I w tej ciszy tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy, Łotwy i Estonii… Nagle Wikul woła: „Elaaa, Elaaa, Elaaa„.

Laba

Do naszego królestwa przybyła z wizytą Królowa Babcia. Odpoczywam więc.

Latam po marketach, lekarzach, szwedzkich domach meblarsko-wnętrzarskich, targowiskach i aptekach. Przesadzam kwiaty, porządkuję ciuchy w szafkach (letnie z, zimowe do), a przede wszystkim gromadzę, myję, kroję i zamrażam warzywa na zimę. Jak wspomniałam, odpoczywam.

Wybraliśmy się dziś z ukochanym chłopem na ekspresową randkę do IKEA. Ależ urokliwe są takie wyjścia bez dzieci, gdy człowiek nie dostaje oczopląsu, nie zdziera gardła i nie musi pilnować, by towarzysz zakupów nie ściągał z półek żadnych towarów.

Kupiliśmy dywan do sypialni, żeby nieco wytłumić odgłosy nocnych pokrzykiwań i pochrząkiwań dziewczynek, a także pojemniki na klocki, bo zabawki znów zaczęły zbyt ekspansywnie rozłazić się po salonie.

Wikulowi zakupione dobra niezmiernie przypadły do gustu. Na widok dywanu roześmiała się w głos, a pudła na klocki dokładnie przetestowała – najpierw władowała do nich całe posiadane Lego (a jest już tego pięć kompletów, bo wczoraj dziadek Miecio uzupełnił kolekcję nowymi zestawami Duplo), a następnie sama wlazła do pojemnika i rozsiadła się na klockach niczym kwoka na jajkach…