Wikulek śpiewulek

***

- O pi, o pi, o pi, o pi! – recytuje Wikulek przy kolacji.
- Co ona mówi? – pyta ukochany chłop.
- On śpi.
- Kto śpi?
- Tata z piosenki. No wiesz: „Co powie tata? Co powie tata? Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci? On śpi. On śpi. On śpi. On śpi”. W dzień śpiewała wersję rozszerzoną: „Toooo tata! Toooo tata. O pi…”

***

- Ti ta ta, ti ta ta – domaga się Wiki.
- Hmmm… Pomyślmy… Oj ty, ty, oj ty, ty, za koszyczek zapłać mi – zaczynam śpiewać.
- Nee!
- To nie ta piosenka? Ti ta ta… Gdzie to było? Aaaaa! – spłynęło na mnie olśnienie – Trzech synów matka miała. Dwóch słynęło z mądrości, a trzeci, co był głupi, poszedł do łączności. Ti ta ta, ti ti ta ta, ti ta ta, ti ti ta ta. A trzeci, co był głupi, poszedł do łączności.
- Taa! Ti ta ta, ti tata – podśpiewuje rozanielona Wiktoria, a ja z rozrzewnieniem wspominam choreografię Czarusia Pazury.

Żarłoki

Był niedzielny poranek. Dziewczynki przed chwilą wyżłopały śniadaniowe mleko/ kakao, a teraz bawiły się w salonie. Ja szykowałam strawę dla siebie – buły z pasztetem i kiszonym ogórem. Z gotowymi kanapkami zakradłam się do salonu.

Zajrzałam zza winkla – dzieci siedziały na dywanie, tyłem do mnie, zajęte wychrzanianiem zabawek ze skrzyni… Na paluszkach przekradłam się na kanapę, cichutko umościłam na niej swoje szanowne cztery litery i wgryzłam się w bułę. Nie wiem, czy za głośno mlasnęłam, czy po prostu moje dzieci mają ponadprzeciętnie rozwinięty zmysł węchu – jeszcze nie przełknęłam pierwszego kęsa, a już obie panny wgapiały się we mnie z minami zagłodzonych sierotek.

Ela z prędkością światła podraczkowała do kanapy, przytrzymując się moich spodni wstała i bezpardonowo wtryniła mi łapska w talerz. „Eluniu, weź rączki, mama sama coś ci da. O, masz ogórka” – podałam jej kawałek kiszonego. Włożyła cały plasterek do japy, trzy razy kłapnęła szczęką, dwa razy się skrzywiła, na koniec raz wzdrygnęła… i szeroko otworzyła pustą buźkę, domagając się dokładki. „Elu, nie żartuj, połknęłaś cały plasterek?! Bez gryzienia? Kreciku, jedzenie się gryzie! Po to są zęby!” – wyjaśniałam młodszej córce, która mamlała kolejny plaster ogórka z MOJEGO śniadania.

Tymczasem starsza córka właśnie zżerała mi z bułek pasztet, a samo pieczywo odkładała z powrotem na talerz…

Abecadło z pieca spadło

Postanowiłam, że Wiki będzie dzikuską.

Przyznaję, że zafascynowały mnie te północnoeuropejskie wieści, jakoby dzieci norweskie, które liczyć i pisać uczą się dopiero w szkole, zdobywały wysokie noty na późniejszych etapach edukacji. Sama zresztą pamiętam, że gdy uczyłam się w szwajcarskiej podstawówce, w klasie czwartej, ćwiczyliśmy kaligrafię i mnożenie w słupkach liczb cztero-i pięciocyfrowych, a raz na dwa tygodnie cała szkoła miała lekcje… w lesie. Skoro więc i północ, i Szwajcaria nie popędzają dzieci na edukacyjnej ścieżce, chyba wiedzą, co robią.

Zaaranżowałam więc sobie taką koncepcję swobodnego wychowania: dużo ruchu, dużo samodzielnej zabawy, dużo pomocy przy dorosłych zadaniach, dużo nudy, mało terminów encyklopedycznych, zero liczb i liter.

Za próbę uczenia rocznego wówczas Wikula nazw kolorów zmyłam mojej mamie głowę. Kategorycznie zabroniłam również liczyć przy dziecku. „Mów, że jedno, lub że dużo” – instruowałam babulę Ewulę, gdy przyłapałam ją na wymawianiu zakazanych słów „pięć” i „siedem”.

Tymczasem Wikul zaczął się tych liczb i liter czepiać jak rzep psiego ogona. Wypatrywała magicznych znaków na tubkach dotyłecznych maści, pudełkach z mlekiem, ubraniach. Na jej pytania odpowiadałam, ale nie rozwijałam tematu. Gdy pytała o „a”, mówiłam, że to „a”, nie dopowiadając, że obok jest też „b”. Wiktoria jednak podążała tropem alfabetu. Przychodziła do mnie z książeczkami i celowała palcem w tytuły. „Tuuu?” – pytała, a ja musiałam pogrzebać swoje marzenia o wychowaniu naturalnym.

Potem zaczęła domagać się pisania liter. Przynosiła kredki, kartkę papieru i prosiła: „A? O? A?” Cóż było robić? Pisałam jej to „a” w dziesięciu różnych kolorach.

Zaś od dwóch tygodni gramy z dziecięce Scrabble. Zasady nieco sobie zmodyfikowaliśmy. Wiki losuje z pudełka jakąś literkę, a ja lub ukochany chłop musimy powiedzieć, co to za litera i jaki wyraz się od niej zaczyna. Wikulek zazwyczaj powtarza ten wyraz i wskazuje miejsce, w które literkę należy odłożyć, po czym losuje kolejną.

Wikul całymi dniami domaga się grania. Mendzi od rana do wieczora, żeby jej dać te Scrabble. Dla własnego dobra trzymam je więc na górze regału z książkami i uparcie twierdzę, że leżą za wysoko – nie dostanę do nich. Tylko tata może je zdjąć, ja nie dam rady, kochanie… Wikulek czeka więc na powrót taty i gdy słyszy zgrzyt klucza w zamku, biegnie do przedpokoju, wołając: „Ga! Ga! Ga!” [czyt. Gra! Gra! Gra!]

A potem się zaczyna:

- O jak ogon.
- Ogo!
- Ny jak nowe.
- Nono.
- Py jak prosiaczek.
- Papa!
- Q jak kupa.
- Kupa!
- Wu jak Wiktoria.
- Titi!*
- Jot jak jeszcze.
- Teeee.*

* Bo Wikulek symultanicznie tłumaczy wyrazy z języka polskiego na wiktoriański.

Relaks u kumy

Odwiedzanie znajomych ma niepowtarzalny urok, gdy zabiera się ze sobą dzieci…

Najpierw człowiek dwa dni się pakuje. Dwie zupki, dwa deserki, sześć pampków na zmianę, podkład do przewijania, mokre chustki, maść dotyłeczna, po dwie pary spodni, cztery bluzki/ bodziaki, miseczka, łyżeczki, porcja kaszki, jogurt i kakao do tego jogurtu, woda do kaszki i woda do picia, kubeczek, książeczki do oglądania przy jedzeniu, piłka dla Eli, układanki dla Wiki, dwa kocyki, dwa śliniaczki, kamizelki (bo może się oziębić), plandeka wózka (bo może padać). Mały arsenał na pięciogodzinną wizytę.

Potem uroki drogi. 35 minut jazdy metrem, 21 stacji (nie do wiary, jak niebotycznie rozbudowana jest już ta nasza „sieć” metra, prawda?), a na każdej pociąg się zatrzymuje, drzwi się otwierają, ludzie wchodzą do i wychodzą z, drzwi się zamykają. Tak, kochanie, tamte drzwi też się zamknęły. I te trzecie również. Wszystkie drzwi są zamknięte. O, i już kolejna stacja – tak, drzwi się otworzyły. I te drugie też. I trzecie… Tak, zamknęły się. Tak, kochanie, jedziemy dalej.

Dobrze, że chociaż Elunia pozwoliła się zatkać grahamką.

W gościnie stały program dnia. Najpierw szwędanie się pod bokiem, żeby królowa E. zdrzemnęła się nieco, a królowa W. mogła pokontemplować piękno napotkanych traktorów. Potem kasza, czyszczenie buzi, jogurt, czyszczenie buzi, jedna kupa, czyszczenie zadka, druga kupa, czyszczenie zadka, sok, zmiana umoczonej bluzki, woda, wytarcie umoczonej bluzki.

I te popisy niewychowania. Wdrapywanie się na stół, otwieranie szafek, RUSZANIE KSIĄŻEK  („Wiki, zostaw Millenium. To nie jest książka dla dzieci. Ela, ty też nie ruszaj. Wiki! To cioci! Się uwzięły na tego Larssona…”)

Potem znów jedna zupa, wytarcie buzi, druga zupa, wytarcie buzi, jeden pampek do wymiany, drugi pampek do wymiany, zmiana łachów i wio do domu.

21 stacji metra. Tak, drzwi zamknięte, drzwi otwarte. Tak, pociąg po drugiej stronie peronu, o znów pociąg po drugiej stronie peronu. O, nie ma drugiego pociągu. Nasza stacja, wysiadamy.

Dom, jeden deser, wytrzeć buzię, drugi deser, wytrzeć buzię, zmiana pampka i umoczonych spodni.

Aleśmy się z kumą narelaksowały.

Wikulek zezulek

Byliśmy u okulisty i dostaliśmy papiór. Stoi w nim, jako amen w pacierzu, że Wikulisko jest zezowate. Teraz już mam czarno na białym, że dziecię urodę odziedziczyło po mnie.

Na punkcie tych jej oczu to, przyznać muszę, przeczulona byłam. Od Wikulowej maleńkości w nie zaglądałam, porównywałam rozstaw, obserwowałam rozbłyski. Niby wszystko było w porządku, a wizualne wrażenie uciekania oczu okulista tłumaczył szeroką u dzieci nasadą nosa. Ale obserwować kazał. Obserwowałam tedy cierpliwie, aż zaobserwowałam. Potem zaobserwował ukochany chłop, a potem i dalsza rodzina, w gościnie u nas bawiąca. Oczka zaczęły się mianowicie Wikulowi rozjeżdżać niczym polska szlachta po zerwanym sejmiku.

Dostaliśmy skierowanie na badanie dna oka. O-ho-ho, zakrzyknęłam w duchu, toć mi się dziecię przelęknie przed bilansem dwulatka, awersją śmiertelną do doktorów zapała i ani dna oka, ani miaro-wagi nie sprawdzimy. Ale cóż było robić, gdy oczy błądziły od Sasa do Lasa?

Termin badania wyznaczono na dziś. Rano zabrałam się za okulistyczną edukację Wikulka.

- Kochanie, dziś pojedziemy do okulisty i doktor zbada twoje oczka – rzekłam słodko.
- Nee! – równie słodko odparła Wiktoria i zasłoniła oczy piąstkami.

Poczłapałam do kuchni, wyszperałam w szafce z mikserem białą, plastikową szpatulkę, z sypialni zgarnęłam naręcze pluszaków i z takim oprzyrządowaniem wróciłam do salonu. Zagadałam do pierwszego pluszaka:

- Kotku, muszę zbadać twoje oczka, żeby sprawdzić, czy są zdrowe. Zasłonię ci jedno oczko tą łopatką, a ty mi będziesz mówił, czy dobrze widzisz, ok? Widzisz klocki, koteczku? Taaak? A bujaczek? Też? A Rudolfa? Mhm. A teraz zasłonię ci drugie oczko. Widzisz tym drugim okiem klocki? A Rudolfa? A Wikulka widzisz? To wszystko kotku, możesz teraz usiąść na kanapie, a ja zbadam pieska.

I badałam, badałam, badałam. Psy, koty, myszy, jeże, prosięta, osły, niedźwiedzie. Pytania zadawane domowemu zoo ewoluowały, bo Wikulek w pewnym momencie zapragnął trzymać pacjentów na kolanach. Pytałam więc, czy widzą Wikulowy nosek, brodę, czoło, policzki, uszy, oczy, zęby, włosy…

Wreszcie Wiki postanowiła sama zostać okulistką. Skontrolowała wzrok pluszowym amigosom, a potem zabrała się za mnie. Niezmiernie ją ucieszyła wiadomość, że bez okularów nie widzę na jedno oko. Zasłaniała mi szpatułką to sprawniejsze i zaśmiewała się do rozpuku, gdy przewracałam półślepą gałką oczną i wołałam: „Wikulku, gdzie jesteś? Nie widzę cię!” Bardzo śmieszne, doprawdy, że stara matka niedowidzi na jedno oko…

Po tak gruntownych przygotowaniach oraz do znudzenia powtarzanym harmonogramie dnia („Pojedziemy do okulisty, zbadamy ci oczy, a potem wrócimy do domu i pograsz w grę z literkami” „Taaaa! Gaaa! Gaaaa!”) wizyta musiała przebiec w miarę znośnie…

I przebiegła. Tzn. jej pierwsza część. Wikulek pozwolił lekarce przyłożyć dłoń prawie-prawie do swojej twarzy, słuchał poleceń i z grubsza je wykonywał – podążał wzrokiem za pokazywanymi przedmiotami, skupiał spojrzenie na wskazanych punktach. Nie rozszlochał się na wstępie, nie przylgnął do mnie kurczowo, nie urządził koncertu na pół miasta – innymi słowy – nie zaprezentował żadnego ze swoich tradycyjnych przychodniowych numerów. Nawet oczy sobie pozwolił zakroplić.

Ale samo badanie dwa oka odbyło się już w pozycji leżącej. Wiki została unieruchomiona na leżance. Ja trzymałam jej głowę, ukochany chłop ręce i nogi, okulistka powieki. A Ela raczkowała sobie po gabinecie między medycznymi sprzętami, z zaciekawieniem spoglądając na leżankowe przedstawienie.

Czy mama pocałuje pana?

Leżałyśmy na łóżku w sypialni. Dziewczynki odbierały popołudniową porcję całusów. Za nami były już trzy buziakowe serie: buziaki w szyjki, buziaki w brzuszki i buziaki w oczka. Aktualnie zacałowywałam Elusiowy nosek i szykowałam się do ataku na Wikulowy podbródek. Najpierw jednak kurtuazyjnie zapytałam:

- Wikulku, chcesz buziaka w bródkę?
- Neee – odparła Panna Przekora i natychmiast wysunęła do przodu szczenę. Obcałowałam więc Wikula i zaczęłam zbierać się z łóżka. Ale Wiktoria jeszcze nie chciała kończyć zabawy – Ela! – gromko zakrzyknęła.
- Co, Ela? Mam dać Eli jeszcze jednego buziaka?
- Taa!
- Dobrze – odparłam i niezwłocznie wykonałam rozkaz. – A teraz dać buziaka Wikulkowi?
- Taaa! – odparła Wiki i udała, że chce mi uciec. Dopadłam ją w mgnieniu oka, wycałowałam po piętach i ponownie zaczęłam zbierać się z łóżka.
- Ela!
- Jeszcze jednego buziaka mam dać Eli?
- Taaa!
- A Wiki też?
- Neee. Tata!
- Mam pocałować tatę?
- Taa!
- Ale tata jest teraz w pracy. Dam mu buziaka, gdy wróci wieczorem do domu.
Wiki chwilę podumała, po czym, nie spuszczając ze mnie ani na sekundę wzroku zapytała – Pam?
- Pan? Jaki pan?
- Pam?
- Chodzi ci o pana, który montował fotelik samochodowy?
- Taa. Pam?
- Nie, pan nie dostanie buziaka.
- Pam nee. Ela, Titi, Tata. Pam nee.

Bilans zysków i strat

Będzie rzeźnia. Na bank. Bywały już sytuacje, gdy snułam czarne scenariusze, a dzieci robiły mi niespodziankę i zachowywały się jak aniołki. Cóż, tym razem cud się nie zdarzy. Bilans dwulatka będzie wydarzeniem przez duże „W” i przeżyciem przez duże „P”.

Nie ma się co dziwić, że Wiktoria nie żywi miłych uczuć do personelu medycznego. Każda nasza wizyta w przychodni była związana ze szczepieniem (bo przecież z tymi dwoma słabymi katarami, które Wikulek przechodził, nie latałam z nią po lekarzach…). Od dwóch tygodni szykuję się więc na bilans jak na wojnę…

Przede wszystkim zainwestowałam w fachową literaturę. Kupiłam „Tupcia Chrupcia” – tom o wizycie na pogotowiu. Wikulek momentalnie polubił tę sympatyczną myszkę i całą jej rodzinę. Szybko też nauczył się „opowiadać” całą historyjkę. Że tata zrobił brum brum. Że Tupcio i mama poszli na plac zabaw. A tam była zjeżdżalnia i inny bohater robił z niej baam! A Tupcio zrobił baaam z drabinki. I miał kuku w łapkę. I przyszła mama i pojechali razem na pogotowie. Pan doktor nakleił plasterek na kuku. I Tupcio wrócił do domu, i zjadł z tatą amam, i tata zaniósł Tupcia lulu. (Te „i” nie są moje. Wikul rozpoczyna od tego spójnika każde zdanie).

Maglowałyśmy tego Tupcia przez trzy dni, Wikul nie rozstawał się z książką. Oglądał ją przy jedzeniu, przy zmianie pampka, przerywał budowanie mostów z Lego, by zajrzeć do Tupcia. Rozmawiałyśmy o panu doktorze: że pomógł Tupciowi, że leczy też inne dzieci, że ma biały fartuch, okulary i słuchawki lekarskie.

Właśnie, słuchawki lekarskie… Zastanawiałam się, czy nie zainwestować w jakiś zestaw „Małego lekarza”. Ubiegł mnie dziadek Miecio, przywożąc w piątek najprawdziwszy stetoskop. Położyłam słuchawki na toaletce i udałam, że niewiele mnie ten sprzęt obchodzi. Ot, leży, to leży. Wikul przez cały weekend trzymał się od stetoskopu z daleka, paluszkiem nie tykał, spojrzeniem omijał.

Wczoraj rano zaczęłam wdrażać akcję „Badanie”. Na początek sprawdziłam tony serca i szmery w płucach gumowego skoczka, ikeowego bujaka, kostki edukacyjnej i klocków Lego (pacjentów wybierał Wikulek). Następnie zaordynowałam badania przesiewowe dziewięciu pluszaków. Każdy z nich został przebadany co najmniej trzy razy. Przy trzeciej turze poprosiłam Wikulka o pomoc – przytrzymywała pluszaki w pozycji siedzącej, podczas gdy ja tykałam je po klacie i plecach stetoskopem. Wreszcie podczas czwartego badania Kłapouszka Wikulek odważył się dotknąć magicznego sprzętu. A pół godziny później już sam badał maskotki oraz Elę.

(Oczywiście Elunia nie miała żadnych oporów względem tłamszenia stetoskopu. Wręcz przeciwnie – musiałam pilnować, by trzymała się od niego z daleka, bo bez przerwy chciała go memlać i przygryzać).

Wieczorem Wikulek pozwolił mi się zbadać. W tym tygodniu poswatamy się jeszcze z osłuchiwaniem plecków, a w przyszłym zaczniemy ćwiczyć mierzenie ciała i liczenie zębów.

Wizytę mamy umówioną na piątego listopada…