Miara śpiocha

Święta zamajaczyły już na horyzoncie – wyruszyłam więc na zakupowe polowanie.

Cel – sukienka dla Wikulka.

Cel szczegółowy: ma być niebanalna, elegancka, ale dziewczęca, jednocześnie skromna i szykowna, odświętna, ale niekonkurująca z choinką, innymi słowy – ma być kwintesencją Wikulkowatości.

Trzy godziny miotałam się po sklepie internetowym, wybierając, przebierając, analizując. Stronka chodziła w żółwim tempie, bo zrobili ostrą promocję – cały naród im tam pewnie siedział i wydzierał sobie szaty z wirtualnych koszyczków. Wreszcie znalazłam TĘ JEDYNĄ. Przed wyborem rozmiaru lekko się zawahałam – 98 czy 104? Cholera, pierwszy raz w tym sklepie kupuję, nie znam ich rozmiarówki… Wezmę 98… A jak będzie za mała? To lepiej 104. A jak rękawy będą za długie. Oj tam, to wywinę. Ale jak to, na święta będę wywijać? Wiocha przecież…

Zerknęłam do tabeli rozmiarów, wczytałam się w podane cyferki. Dla porównania przyniosłam sobie Wikulowy polar i dwa bodziaki i zaczęłam obmierzać te ubranka wszerz i wzdłuż. Więcej łachów nie mogłam przynieść, bo całą akcję przeprowadzałam nocą – dziewczynki spały w sypialni, strzegąc komody z ubrankami niczym smoczyce diamentów. Polar zacharapciłam z przedpokoju, bodziaki wygrzebałam w koszu z brudami. 31 cm mi wyszło w rękawku… Czyli rozmiar 98! Ok, biorę! Aaaa, momencik, co oni tu tym małym druczkiem nagryzmolili? Że podane rozmiary dotyczą ciała dziecka, a nie ubranek…

Złapałam w zęby termometr krawiecki, zapaliłam światło w przedpokoju i zakradłam się do sypialni. Panny spały. Wiki nawet w dobrej do pomiarów pozie – na brzuchu, z prawą ręką ułożoną wzdłuż ciała. Delikatnie, delikatniutko przyłożyłam jej centymetr do ręki. W słabym świetne przebijającym przez drzwi z przedpokoju dostrzegłam wynik pomiaru: 31 cm. Wróciłam do salonu i zerknęłam do tabelek z rozmiarówką. Acha, 98 cm mam brać. To klikamy… Zaraz, a jak źle zmierzyłam? Ciemno było, Wikulek miał rączkę trochę zgiętą… Lepiej sprawdzę jeszcze raz.

Wróciłam do dziewczynek. Wiki nadal spała, ochoczo zabrała się więc do pracy. Tym razem porządnie obmacałam jej ramię, poprowadziłam metr krawiecki wzdłuż ręki, aż do nadgarstka. 30 cm. Zmierzyłam dla pewności drugą rękę: 29 cm. Coraz lepsze te wyniki… Niedługo zejdziemy do rozmiarówki dla niemowląt.

Dla świętego spokoju (mojego, nie śpiącego dziecka) postanowiłam zmierzyć ją jeszcze w pasie. Powoluśku przecisnęłam jej centymetr pod brzuszkiem, skrzyżowałam na pleckach – 54 cm. Poleciałam do kompa sprawdzić wynik. Cholera, toż to rozmiar 104 jednak.

Myślicie, że zamówiłam wreszcie tę sukienkę? A gdzie tam! Jeszcze dwa razu latałam do sypialni mierzyć Wiktorię. Za każdym razem zapalałam i gasiłam światło w przedpokoju, za każdym razem tykałam śpiącego Wikulka po ramionach, łokciach, nadgarstkach, brzuszku, plecach. Zginałam i prostowałam jej rączki. Królowa spała.

Zamówiłam na końcu tę cud-suknię. W rozmiarze 98. Ale ile centymetrów mierzy Wikul od ramion po nadgarstki i jaki ma obwód pasa – nie mam pojęcia.

Kod Enigmy

- Udydydytyń? – zapytał Wikulek. Spojrzałyśmy na siebie z ciocią Cytrynką baranim wzrokiem.
- Co, kochanie?
- Udydydytyń?
- Yyyy?
- Udydydytyń? Udydydytyń? Udydydytyń? Udydydytyń? Udydydytyń? – nie dawał za wygraną Wikul.
- Czy chcesz układankę? – palnęłam na chybił-trafił.
- Taa! Udydydytyń!

Komunikacyjnie robi się ciężko. O ile jeszcze mogę zrozumieć, że „obubububu” znaczy „obudzić się”, o tyle takie kwiatki jak „Kaka Jaja” (Kaczka Dziwaczka), „Kuku Kuku” (Tupcio Chrupcio) czy „blam” (bal) są nieco trudniejsze do rozszyfrowania.

Samo „kuku” ma tyle znaczeń, że można napisać słownik homonimów tylko z tym jednym słowem. To:

  • zabawa z wyskakiwaniem zza drzwi sypialni,
  • zabawa w chowanie się pod koc/ kołdrę,
  • ukrywanie się za firanką w salonie,
  • namiot zbudowany z koca zarzuconego na toaletkę,
  • uderzenie się,
  • ranki na paluszkach, powstałe w wyniku cysiulkowania,
  • skaleczenie/ przecięcie skóry,
  • odparzenie na pupie,
  • Tupcio,
  • i Kubuś Puchatek.

Słow i znaczeń w języku wiktoriańskim przybywa wręcz lawinowo. Mamy na przykład olij (olej), olili (oliwę) i oli (oliwki)*.

 

*Uwaga na te ostatnie! Wiktoria zżera je w ilościach hurtowych. Lidlową paczuszkę oliwek traktuje jak przekąskę na raz.

Albo piłkarka

Nasz nadworna piłkarka, Jej Ruchliwość Elżbieta, perfekcyjnie opanowała najważniejszą umiejętność zawodowego gracza – udawanie faulu.

Wygląda to tak: gdy tylko pojawia się okazja (lekkie uderzenie, mała przewrotka, zderzenie z zabawką, nagłe klapnięcie na pupę, cokolwiek…) Elizabeth najpierw na sekundę nieruchomieje, następnie mości się wygodnie na pupeczce, podnosi rączki do twarzy, zaciska dłonie w piąstki, a powieki w wąskie kreseczki, marszczy nosek, purpurowieje na twarzy, wykrzywia ustka i zawodzi „Aaaaaaaaa”.

Po dwóch-trzech sekundach zawodzenia robi małą pauzę – otwiera oczy i sprawdza, czy sędzia zauważył SYTUACJĘ. Jeśli tak – kontynuuje odgrywanie tragedii. Jeśli nie – spokojnie wraca do gry… znaczy do zabawy.

Himalaistka

Póki co doskonalenie chodzenia zostało odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość – Ela zadowala się tymi trzykrokowymi akcjami. Odkryła za to nowy, fascynujący sport – wspinaczkę meblową.

W roli Czomolungmy występują skrzynia na zabawki i pudło z klockami. Techniki wejścia są dwie. Można wczołgać się na wieko skrzyni na brzuchu i wstać już na niej, albo po prostu przełożyć nogi do pudła, moszcząc stopy na wielkich, plastykowych klockach.

Elutek staje na zabawkach, dumnie prężąc klatę. Tak, kochanie, jesteś mistrzem, naszą małą Wandą Rutkiewicz!

(Chyba najwyższy czas przyszpilować telewizor do ściany… Tak na wszelki wypadek, gdyby stolik pod nim miał być kolejnym celem na Elusiowej liście ośmiotysięczników).

Opiekunka do dziecka

Czasem korzystam z pomocy niani. Jej niebywałą zaletą jest to, że świadczy swoje usługi za darmo. Poza tym jest zawsze w pobliżu, ma mnóstwo wolnego czasu i dość dobrze dogaduje się z małymi dziećmi – umie mówić ich językiem.

Ale jest też niebywały minus – trzeba niani stale patrzeć na ręce, bo bywa niezgrabna, nieuważna, gwałtowna. Czasem wyleje jej się sok z kubeczka, czasem zbyt gwałtownie wyciąga z małej rączki szczoteczkę do zębów, czasem zbyt pochopnie próbuje rozszerzać dietę tzw. niemowlęcia…

Zważywszy jednak na fakt, że moja niania dopiero co skończyła dwa latka, nie powinnam narzekać.

Gdy na spacerze proszę Wiktorię, by popilnowała Eli, bo ja muszę wejść do sklepu i zrobić zakupy, Wikulek kładzie siostrze dłoń na brzuszku i pozostaje w tej pozycji aż do mojego powrotu. Pilnowanie siostry w domu polega na podejściu do niej i położeniu jej ręki na główce. I stoją sobie tak, jedna przy drugiej, obie z uśmiechami na twarzach.

Podczas porannej toalety podaje Eli szczoteczkę do zębów i pilnuje, by mała cały czas trzymała w pyszczku jej właściwy koniec. Przeważnie w którymś momencie sama łapie Elusiową szczoteczkę i szoruje siostrze zęby.

Zawsze zanim napije się wody z kubka, idzie z nim do Eli i poi siostrę. Dziewczynki zwykle piją systemem zmianowym: Trzy łyki Elunia, trzy łyki Wikulek, trzy łyki Elunia, trzy łyki Wikulek. Kubeczek mają wspólny, bo nawet jeśli naszykuję im trunki w osobnych szklanicach, najpierw razem opróżnią jedną, a dopiero potem wezmą się za drugą.

Gdy Elunia pije mleko, Wiki podaje jej wszystkie swoje przytulanki: Kłapouszka, Kubusia, Tygryska, nawet ukochanego Prosiaczka, Liska Śmierdzioszka, dwa psy, kota, myszkę, jeżyka… Ela i butka z mlekiem giną pod stertą maskotek. Kilka dni temu, gdy weszłam rano do sypialni, zastałam całe to pluszowe towarzystwo rozproszone na dywanie. „Wikulku, dlaczego porozrzucałaś cysiulki?” – zapytałam. „Do Ela. Ela ma!” – wyjaśniła mała altruistka. „Chciałaś wrzucić pluszaki do Eli łóżeczka? Ela, masz?” „Ta”.

Zabawkami dzieli się także później, w ciągu dnia. A gdy bardzo chce się czymś pobawić sama, najpierw przynosi Eluni jakieś zabawki podpuchy, a dopiero potem wyrywa siostrze upragniony artefakt.

Często odłamuje małe kęsy od swoich ciastek, bułek, jabłek i wkłada je do Elusiowego pyszczka. Gdy Ela budzi się z drzemki, Wiki wyciąga jej z buzi smoka. Czesze siostrze włosy zdecydowanie częściej niż ja. Gdy mała się przewróci lub uderzy, mówię: „Kochanie, pociesz Elunię, bo zrobiła sobie kuku. Daj jej buziaka i pogłaszcz ją po główce”. I Wiki biegnie do Lusinki, całuje ją i mizia po włosach. Gdy Ela wieczorem zaczyna marudzić, Wiktoria z troską oznajmia: „Ela nono blabla. Bobo”. „Tak, kochanie, Eli rosną nowe ząbki i ją to boli”. Przed wyjściem na spacer stara się założyć małej chustkę pod szyję, czapkę na głowę i botki na stopy. A gdy jej mówię, że wyrosła już z jakiegoś ubrania, butów, kurtki, od razu przenosi akt własności na młodszą siostrę i próbuje jej to ubrać…

Projekt „Rodzeństwo” idzie pełną parą. Trzynaście i pół miesiąca to idealna różnica wieku.

Być jak Tupcio Chrupcio

Utożsamianie się z bohaterem literackim Wikulek opanował do perfekcji.

- Tu? – pyta, wskazując na jeden z miniaturowych obrazków na tylnej okładce „Tupcia Chrupcia”.
- Tu Tupcio niczego się nie boi.
- Titi nie bobo.
- Wiki też niczego się nie boi?
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio ma rodzeństwo.
- Titi ma dodo. Ela.
- Wiki też ma rodzeństwo. Ma siostrzyczkę Elę.
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio jest kapryśną myszką.
- Titi kaka mimi.
- Wiki też jest kapryśną myszką?
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio ma urodziny.
- Titi ma udu. Da!
- Wiki też miała urodziny. I ma dwa latka.
- Ta. Tu?
- Tu Tupcio umie się dzielić zabawkami.
- Titi i Ela.
- Wiki dzieli się z Elą?
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio jedzie do dziadków.
- Titi do dada.
- Wiki też jedzie do dziadków?
- Ta. A tu?
- A tu Tupcio dba o zęby.
- Titi ba blabla.
- Wiki też dba o zęby.
- Ta. A tu?

Wiela jest tych części szrajbniętych?

Ten dzień!

Stało się, Mili Państwo. Królowa Elżbieta (miłościwie nam panująca, ma się rozumieć) zrobiła swoje tzw. „pierwsze” kroczki. Było ich w sumie dziewięć, w trzech seriach po trzy susy.

Przy serii pierwszej jeszcze nie byłam pewna, czy mi się nie przewidziało. Ale gdy kilka sekund później wyczyn został powtórzony, a po kwadransie Elunia jeszcze raz zaprezentowała swoje nowe umiejętności, poleciałam otwierać szampana*.

A jeszcze rano marudziłam: „Elu, ile jeszcze będziesz tak raczkować? Może ci wystarczy? Nudne to takie. Ze trzy miesiące już przecież raczkujesz. Nie masz ochoty na kolejny etap?”

Marudziłam pod nosem, nie to, że tak wprost do dziecięcia. Ale najwyraźniej Ela wyłapuje także przekazy podnosowe.

Wieczorem relacjonowałam Elusiowe wyczyny ukochanemu chłopu. „Ale co to zmienia” – zapytał rzeczowo – „poza tym, że nie będzie przycinać sobie paluszków na dole drzwi, tylko z boku?” „No wiesz!” – obruszyłam się. – „Dużo zmienia. Będzie mieć wyżej głowę, czyli trudniej będzie Wikulowi trafić w nią klockiem. Ale za to łatwiej będzie się Elę przewracać…” Innymi słowy – jedne atrakcje znikną, inne się pojawią.

Dziś od rana Elunia zawzięcie ćwiczy chodzenie. Pamiętacie tę scenę z Epoki Lodowcowej, w której ludzkie dziecko idzie chwiejnym krokiem do taty? Raz, dwa, trzy i bam! w ramiona rodzica. Tak wygląda dziś nasz dzień. Raz, dwa, trzy i… bam! Raz, dwa, trzy i…bam! Raz, dwa, trzy i…bam! Elżbieta puszy się przy tym jak paw.

 

* Metaforycznie. Mocno metaforycznie. W rzeczywistości poleciałam do kuchni wyrzucić zapaskudzonego pampka. Ale przecież nie mogę napisać: „Gdy moje dziecko zrobiło pierwsze kroczki, euforycznie krążyłam po domu z zafajdaną pieluchą”.