Z górki

Przegapiłam Elusiowe urodziny. Od miesiąca wspominam stale koniec ciąży, narodziny, itede, itepe, ale że TEN DZIEŃ właśnie nadszedł, zorientowałam się o 3. w nocy. Czy to nie o 3. odeszły mi wtedy wody?

Mam więc roczne dziecko. Przesłodkie roczne dziecko (w pakiecie z niesamowicie krnąbrnym dwulatkiem of kors), które biega po domu jak szalone, gada jak najęte, tańczy, śpiewa, pomaga sprzątać zabawki, podaje siostrze klocki podczas zabawy Lego, ściąga pranie z suszarki… Czytaj dalej…

Home sweet home

Po tygodniowym tour de famille wróciliśmy wreszcie na stare śmieci. Gdy przestąpiłam próg domu, poczułam jakiś dziwny zapach. Właściwie to poczułam brak zapachu. Ach, więc to tak pachnie mieszkanie bez dziecięcych pampków…

Święta udały się przednio.

Ela jadła żarcie dla psa. Kot jadł szarlotkę prosto z blachy. Wiki moczyła nogi w misce z wodą dla zwierząt. Ela bawiła się żwirkiem w kociej kuwecie i łapała psa za grdykę, a Wiki chciała go całować w nos. Myszkując po domu, Wiktoria znalazła w komodzie swój prezent… Czytaj dalej…

Komu w drogę…

Gdy przestałam być dzieckiem, Boże Narodzenie nagle straciło swój urok i czar. Gdzieś tam rodziło się Dziecko, ale cóż mi było do tego? Miałam na głowie latanie po sklepach za prezentami, gotowanie kapuchy z grochem i pilnowanie, by się karp nie przypalił na patelni. Po wieczerzy padałam na kanapę i pogrążałam się w tak modnych w naszych czasach postdekadenckich rozważaniach o niczym. O tak, nie lubiłam tych świąt. Czytaj dalej…

Dzieciolubność mamy w genach

Zaroiło się wkoło od „ciężarówek” niczym na parkingu przy autostradzie. A i bocian lata po bliższych i dalszych znajomych jak kot z pęcherzem. Cóż, wiek reprodukcyjny w pełnej krasie.

Dziewczynki lubią niemowlaki. Wiki chyba nawet bardzo lubi – widać odebranie w trzynastym miesiącu życia statusu jedynaczki nie odcisnęło się piętnem na jej życiu. Gdy odwiedziła nas ciocia Ula z pięciomiesięcznym synkiem, Wikul nie dość, że przyniósł Kacprowi wielką stertę grzechotek i gryzaków, to jeszcze starał się wkładać mu je do rączki. Były też próby pojenia butelką i asysta przy zmianie pieluchy. Choć wizyta miała miejsce ze 2 tygodnie temu, do dziś po kilka razy dziennie słyszę, że diduś Kaki leżał na dywanie, diduś Kaki spał na naszym łóżku, diduś Kaki siedział w Wikulowym krzesełku…

Dziś zawiozłyśmy urodzinowy prezent Marcinkowi, kandydatowi na męża dla dziewczynek*. Gdy Wiki zobaczyła Marcinka mamę, zaczęła dopytywać, czemu ta ma duży brzuch. Ciocia A. będzie mieć dzidziusia – wyjaśniłam. A Titi ogogo diduś – odparła natychmiast moja dzieciolubna córeńka. No tak, Wiki będzie oglądać dziudziusia.

Jakiś czas temu powiedziałam jej, że ciocia B. także „będzie mieć dzidziusia”. Wiki zapytała wówczas:
- A my?
- A my nie**.

Się rozbestwiła! Myśli, że będzie dostawać nową siostrę na każde Boże Narodzenie?

 

* Nie zostało ustalone, która z królowych zaszczyci Marcina swoją ręką. Co prawda podczas pierwszego potkania Wiki rzuciła się na M., obściskała go i zacałowała, ale potem jej uczucia wyraźnie oziębły. Na próżno Marcin przynosił na każde spotkanie kwiaty, na próżno podczas spacerów łapał Wiki za rękę, na próżno dawał jej kosiarki i traktory. Królowa W. pozostała obojętna. Tymczasem te wzgardzone kwiatki zaczęła przechwycać Elunia. Marcin szybko się zorientował, że choć starsza siostra odwraca od niego oblicze, to młodsza chętnie podaje mu stópki do łaskotania i posyła promienne uśmiechy. Co wydarzy się wiosną, gdy dzieci uwolnią się z okowów wózków? Czy w Wikulu, wraz z budzącą się do życia naturą, odżyją dawne sentymenty? Czy też w rolę Marcinkowej towarzyszki życia dziarsko wcieli się Elunia?

** Choć oczywiście już mi się śnią po nocach moje nowe dzieci… I tak sporo wytrzymałam! Po narodzinach Wikulka po trzech miesiącach poczułam nieodparte pragnienie powiększenia rodziny. Teraz wytrzymałam aż jedenaście!

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta…

Ubrałyśmy choinkę. Jeszcze w południe zarzekałam się, że w tym roku tylko zarzucę na nią światełka (bo to główna wieczorna atrakcja dla Wikula) i łańcuchy (główna atrakcja dzienna), a kwadrans później wyciągnęłam pudło z bombkami…

Musze przyznać, że:

  1. Wikul jest pierwszorzędnym Podawaczem Bombek. Wyjmuje ozdoby z pudełek, przekazuje w ręce Zawieszacza, wskazuje miejsce zawieszenia i odgania od choinki młodszą siostrę,
  2. Ela jest pierwszorzędnym Plątaczem Łańcuchów i bardzo sprawnym Wyżeraczem Świątecznych Ozdób – im bardziej coś niejadalne, tym szybciej to przeżuwa,
  3. podczas całej akcji ucierpiała tylko jedna bombka (bo przecież te wymemlane łańcuchy wyschną…),
  4. ale za to przeżyła i matka, i dwójka dzieci…
  5. więc akcja C.H.O.I.N.K.A. zakończyła się pełnym sukcesem.

Ale prezenty będę pakować bez wsparcia dzieci. Zaślinionymi i ponadgryzanymi papierami trudno byłoby obwinąć podarki…

Pan Lulu

Siedziałyśmy na kanapie. W jednej ręce Wiki trzymała maleńką figurkę Matki Boskiej w bałtyckich muszelkach, którą mój brat kupił ze dwadzieścia lat temu babci Stasi. W drugiej ręce Wiktoria dzierżyła krzyż.

Tu kuku – objaśniała, wskazując na przebite gwoźdźmi ręce Chrystusa. – I tu kuku. I tu. I tu. – pokazała na stopy, głowę i bok. – Pan Lulu do dodo [czyt. Pan Jezus do doktora] – zaordynowała adeptka wiary.

Już od dwóch czy trzech tygodni Wikul przeżywa pierwszą (a przynajmniej pierwszą uwidocznioną) fascynację Bogiem. W dzień domaga się podawania jej krzyża. „Pan Lulu do Titi. Pan Bogo do Titi! – woła uparcie. Wieczorami z olbrzymią satysfakcją składa ręce do modlitwy. „Titi do Pan Bogo” – oznajmia. „Wiki modli się do Pana Boga?” – pytam. „Taa”. „Panie Boże, prosimy Cię, żeby Wiki była zdrowa – zaczynam więc – i żeby tata był zdrowy. I kto jeszcze, Wikulku?” I Wikulek zaczyna wymieniać całą litanię osób, za których zdrowie się modli. Że Ela, że mama, toto Ida, baba Eła, toto Tita, łiłi U-a, drugi łiłi U-a, babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie…

Niech no się trochę wprawi w mówieniu, to nauczę ją Bogurodzicy!