Kości zostały rzucone

Najpierw głucho stuknęły o kuchenny stół, potem zadudniły w zlewie, na koniec chlupnęły w garze. Nadworna kucharka serwuje jutro rosół z mućki.

Ani chybi królowe przechodzą jakiś niebotyczny skok wzrostu. Nie znajduję innego wytłumaczenia dla ich wilczych apetytów, nękających nas od około tygodnia. Bo czyż możliwe, by był to wynik dwugodzinnych spacerów, które uprawiamy w mrozy, śniegi i deszcze niespokojne? Albo skutek ubocznych Bioaronu C, dolewanego cichaczem do mleka?

System „4 posiłki każdego dnia” poszedł w odstawkę. Teraz mamy nowy system – „44 posiłki każdego dnia. Nie licząc przekąsek”. W jego realizacji przoduje Elunia, ale i Wikul nie pozostaje daleko w tyle. Czytaj dalej…

Home sweet home

Po tygodniowym tour de famille wróciliśmy wreszcie na stare śmieci. Gdy przestąpiłam próg domu, poczułam jakiś dziwny zapach. Właściwie to poczułam brak zapachu. Ach, więc to tak pachnie mieszkanie bez dziecięcych pampków…

Święta udały się przednio.

Ela jadła żarcie dla psa. Kot jadł szarlotkę prosto z blachy. Wiki moczyła nogi w misce z wodą dla zwierząt. Ela bawiła się żwirkiem w kociej kuwecie i łapała psa za grdykę, a Wiki chciała go całować w nos. Myszkując po domu, Wiktoria znalazła w komodzie swój prezent… Czytaj dalej…

Komu w drogę…

Gdy przestałam być dzieckiem, Boże Narodzenie nagle straciło swój urok i czar. Gdzieś tam rodziło się Dziecko, ale cóż mi było do tego? Miałam na głowie latanie po sklepach za prezentami, gotowanie kapuchy z grochem i pilnowanie, by się karp nie przypalił na patelni. Po wieczerzy padałam na kanapę i pogrążałam się w tak modnych w naszych czasach postdekadenckich rozważaniach o niczym. O tak, nie lubiłam tych świąt. Czytaj dalej…