Bunt dwulatka pełną gębą

Wiki urządza głośne i barwne awantury.

Na przykład o to, że książki mają leżeć na podłodze przed regałem, a nie na półce w regale. Albo że w jogurcie kakaowym jest kakao. Bo ona by chciała jogurt kakaowy bez kakao. I że układanka wysypała się sama z pudełka, a to Wiki chciała ją wysypać minutę później. Że pluszowy Pan Pikuś nie mieści się w maleńkiej torebeczce zamocowanej przy poręczy wózka dla lalek. Że chcę jej zdjąć zafajdanego pampka. Że po zdjęciu tego zafajdanego, chcę… Czytaj dalej…

Szklanka, telefon, moneta

Znalazłam je u Kaczki. Przez Kaczkę trafiłam do Fidrygauki. Przeczytałam, podumałam, pochwaliłam do ukochanego chłopa, że co za pomysł i w ogóle! I że gdybym miała więcej czasu, to bardzo chętnie – wszak gimnastyki intelektualne to coś, co zorane matki lubią najbardziej. I poszłam spać – z mocnym postanowieniem, że na wiosnę skrobnę jakąś wprawkę. Tak minął wieczór, noc i poranek. Dzień pierwszy. A dnia drugiego…

***

…Królowa Wiktoria dostała gorączki. Tak, wiem, normalna sprawa – dzieci chorują, gorączkują i cherlają. Tyle że aż do dziś żyłam nadzieją/ zdumieniem/ cichym przeświadczeniem, że pierworodna odziedziczyła po mnie mutanckie geny i gorączkować nie będzie. Ba, przez 2 lata, 1 miesiąc i 4 dni te moje odczucia były w pełni uzasadnione. Aż tu termometr wypikał nam dziś 39,3°C.

Mój mały, prywatny kominek przez pół dnia zalegał mi na kolanach, grzejąc niemiłosiernie nadwapniałe członki i roztapiając matczyne serce. Zaś przez drugie pół dnia trenował asertywność. Było NIE dla jedzenia, NIE dla picia, NIE dla zabawy, NIE dla zmiany pampka… Aby ramówka dzisiejszego programu nie była zbyt monotonna, urozmaicały ją ataki histerii, np. po piątej łyżce pomidorówki z powodu zaproponowania łyżki szóstej. Albo w odpowiedzi na próbę zrobienia chłodnych okładów.

Internety radzą – jak nie je, to do lekarza. Jak nie pije – do lekarza. Przez telefon skonsultowałam się ze specami od dziecięcych chorób. Zbij gorączkę paracetamolem. Lepsza ciut większa dawka niż za mała. Powyżej 39° zimne okłady. Przy szybko powracającej gorączce Nurofen na zmianę z Panadolem. To pewnie trzydniówka. Trzymaj się! Powodzenia!

Tymczasem latałam po domu ze szklankami, szklaneczkami, kubeczkami. Wikulku, napij się mleka. NIE. Kochanie, masz wodę z sokiem. NIE. Wiki, zrobię ci kakao. Chcesz? NIE.

Wieczór przyniósł nowe rewelacje. Najpierw był nawrót gorączki, przysypianie na moich rękach o godzinie 19 i prośby o położenie do łóżeczka. Potem, gdy po godzinie zadziałał paracetamol, zaczęły się harce w legowisku, głośne śpiewy, przerzucanie zabawek do Eli łóżeczka, rozbieranie się z pidżamy do samego pampka, rozlanie 200 ml soku na ściany, podłogę i dywan, na komodę, za komodę i do jej trzech szuflad, wprost na ubranka. O godzinie 22 odsuwałam więc meble od ścian, by z zakamarków pościerać owocową breję.

I przez cały dzień zastanawiałam się, czy, skoro trzydniówka wylęga się tydzień, w następny weekend podobną rozrywkę zgotuje nam Elunia? Oby nie. Marudzenie niemowlaka jest stokroć gorsze niż marudzenie dwulatka, a ja już teraz jestem tak zmęczona, że toczę się po mieszkaniu jak moneta po krzywym chodniku – chybotliwie, siłą rozpędu.

***

Wiki przebudziła się tuż przed północą i zaczęła płakać. Podrałowałam do sypialni, zawisłam nad łóżeczkiem. Ciii, Wikulku. Śpij, kochanie. Jest noc. Trzeba spać”. Nie… nie… nie… nie… nie… nie.. - szeptało dziecię, zasypiając.

By wilk był syty i owca cała…

Siedzimy w kuchni. Dziewczynki w krzesełkach. Ela przed chwilą zjadła zupę, Wiki właśnie je. Za pięć minut zacznie się sjesta, więc panny już kapryśne i zmęczone. Zwłaszcza Ela marudzi na potęgę…

- Aaa, aaa, były sobie kotki dwa… – intonuję, żeby ją trochę uspokoić.
- Nie! – protestuje Wikulek, który chce ostatnie chwile obiadu spędzić na rozmowie o kosiarce do trawy – Tu! – wskazuje na nią w oglądanej książce.
- Tu jest kosiarka – mówię.
- Uuuuuu! – wyje Ela.
- Aaa, aaa, były sobie kotki… – zaczynam jeszcze raz.
- Tuuu! – woła od razu Wikul, dźgając paluchem kosiarę.
- Aaa, aaa, była sobie ko-siar-ka. Aaa,aaa, szarobura, szarobura ko-siar-ka. Ach, śpij, bo właśnie, kosiarka ziewa i za chwilę zaśnie. A gdy rano przyjdzie świt, to kosiarce będzie wstyd, że zasnęła, a nie ty. Dobra, a teraz do łóżek – zarządzam, wycierając panienkom pomidorówkę z policzków.

Albo piłkarka

Nasz nadworna piłkarka, Jej Ruchliwość Elżbieta, perfekcyjnie opanowała najważniejszą umiejętność zawodowego gracza – udawanie faulu.

Wygląda to tak: gdy tylko pojawia się okazja (lekkie uderzenie, mała przewrotka, zderzenie z zabawką, nagłe klapnięcie na pupę, cokolwiek…) Elizabeth najpierw na sekundę nieruchomieje, następnie mości się wygodnie na pupeczce, podnosi rączki do twarzy, zaciska dłonie w piąstki, a powieki w wąskie kreseczki, marszczy nosek, purpurowieje na twarzy, wykrzywia ustka i zawodzi „Aaaaaaaaa”.

Po dwóch-trzech sekundach zawodzenia robi małą pauzę – otwiera oczy i sprawdza, czy sędzia zauważył SYTUACJĘ. Jeśli tak – kontynuuje odgrywanie tragedii. Jeśli nie – spokojnie wraca do gry… znaczy do zabawy.

Potrzebny remont!

Skoro milczałam przez trzy dni, znaczy, że babcia przyjechała na weekend, przejęła we władanie upiorne wnusie, a ja odpoczywałam (czyli tradycyjnie: latałam, załatwiałam, porządkowałam).

Muszę przyznać, że miło jest kupować w towarzystwie tylko jednego dziecka fotelik samochodowy na 9-36 kg, jeszcze milej wybrać się po buty zimowe męskie absolutnie BEZ DZIECI, ale rachunek za takie luksusowe latanie po sklepach jest słony.

Babcia opuściła nasze królestwo wczoraj po południu. Dzieci, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ze słodkich aniołkowych wnuczątek przeobraziły się momentalnie w ziejące ogniem smoki.

Wikul uparł się bawić włącznikami światła w całym domu. Sęk w tym, że do nich nie dostaje, więc trzeba gada trzymać na rękach i stać przy włączniku. Albo lepiej – biegać od włącznika salonowego do kuchennego, bo panienka chciałaby pstrykać w różne pstryczki, a nie w ciągle ten sam. Gdy storpedowałam ten pomysł, królowa W. przez trzy godziny wyła do księżyca. Bo babcia pozwalała, bo babcia nosiła na rękach, bo babcia biegała od pstryczka do pstryczka. Elunia ochoczo przyłączyła się do operowych śpiewów siostry i jojczyły tak sobie obie.

Więc tak, cudnie pobyć chwilę bez dzieci. Tylko potem te dzieci wymagają kompletnego remontu wychowawczego.

Jesienna deprecha

Dzieci mi się popsuły.

Ela budzi się rano i mendzeniem obwieszcza, że głodna wielce i że jeśli NATYCHMIAST nie dostanie mleka, to źle się to dla nas wszystkich skończy. Po czym wypija tego upragnionego mleka 20 ml i wydaje kolejne obwieszczenie, że mianowicie Jej Wysokość Fanaberia głodna już nie jest. Przy pozostałych posiłkach jest podobnie – najpierw lament i ponaglenia, po trzech łyżkach plucie kaszą/ zupą/ deserem.

Zabawki ją nudzą do tego stopnia, że nawet nie zadaje sobie trudu brania ich do rąk. Na spacerach włącza syrenę, którą uciszyć może tylko kawałek suchej buły, wetkniętej do Elusiowego dzioba. Wieczorami nie chce sama zasypiać. A w zasadzie – nie chce w ogóle zasypiać. Sama i nie sama. Przedwczoraj zlitowała się nade mną dopiero po 22, po półgodzinnej turze tulenia na kanapie.

Wikul uruchomił w sobie program „You can cry. Po prostu rycz”. Zalewa się łzami o byle co, zezując przy tym niemiłosiernie. Wścieka się jak lew – także o byle co. I umyślnie wjeżdża we mnie dużymi, ciężkimi zabawkami – jeździk od kilku dni kibluje więc na szafie, bo moje łydki i stopy nie zdzierżyły bliskich z nim spotkań. Oczywiście Wikul ryczy, żeby jeździk jej oddać. Wojenka trwa, Wiki buduje barykady – zrzuca z półki wszystkie tekturowe książeczki, w kuchni wysypuje Lego, a w salonie to drugie pudło z klockami. Na koniec opróżnia skrzynię z zabawkami, wchodzi do niej z poduszką i kocem i udaje, że śpi. Zabawek nie sprzątnie, bo przecież śpi. Gdy już nie śpi, to też nie sprzątnie, bo musi NATYCHMIAST dostać dziecięce Scrabble. A jeśli ich nie dostanie, to tak będzie ryczeć, że nic nie sprzątnie, nic nie zje, nic nie powie, nie przytuli się i w ogóle zobaczycie wszyscy, co to znaczy królewski upór. (Oczywiście tych Scrabbli nie dostaje. Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate).

Dziś po takiej lwio-zabawkowej akcji, pluciu kaszki i jazgocie dwóch małych gardełek przetrząsnęłam kuchnię w poszukiwaniu czegoś na uspokojenie. Znalazłam melisę. Właściwie nie melisę, tylko herbatę laktacyjną, która jednakże ma w swym składzie 40% melisy.. Zaparzyłam, łyknęłam, przeżyłam.

Ale narasta we mnie uczucie zasupłania dziećmi. Moje usta głużą, gaworzą, onomatopeizują, sylabizują, ale prawie nigdy nie mówią za siebie. Moje zwoje mózgowe analizują konsystencje kaszki i kupki, przeliczają objętość glutenu w bułce i połowy żółtka w zupie. W moje uszy wciska się Tik Tak, mocno nieletnia Natalia Kukulska i Kubuś Puchatek. Oczami śledzę w telewizorze Krecika i Reksia.

Pępowina życia popłodowego coraz bardziej krępuje moje ruchy. Nie chodzi mi o to, żeby ją radykalnie przeciąć, szabelką czy czymś. Aleksandra Macedońska przecinająca węzeł gordyjski macierzyństwa? Aż tak, to nie. Chciałabym po prostu złapać oddech. Mój własny.