Lepiej późno niż później

A więc przeprowadzka. Siódma w moim życiu. Dobrze, że tym razem tylko wirtualna.

Niniejszym ogłaszam, że nasze królestwo zwija manatki i przenosi się na blogspota. O, tu dokładnie: 
http://smoczkiem-po-lapkach.blogspot.com/

Nie wiem, ile manatków uda nam się stąd zwinąć, bo blog.pl nie umożliwia chyba prostego eksportowania plików. Nie wiem, nie znam się, nie orientuję, głowy za to nie dam, ale szukałam dziś cały dzień magicznego guziczka „Przenieś sobie, babo, posty i komentarze” – i nie znalazłam. Więc pozostaje opcja ręczna. Na moje nieszczęście napisałam w ciągu roku 303 posty, a mój staruszek laptop ma woooolne teeeempo praaacy. Mam nadzieję, że do następnej rocznicy uwinę się przekopiowaniem wszystkiego.

Póki co się wymoszczam. Rozkładam w nowym miejscu stare graty, odwijam z folii streczowej królewskie trony, ustawiam na półeczkach zabawki…

To co? Do zobaczenia po jasnej stronie mocy!

Sylwester z dwójką (dzieci)

W 2011. poszliśmy na imprezę do znajomych. Siedmiotygodniowy Wikulek zamelinował się w sypialni gospodarzy i grzecznie przespał nasze sylwestrowe szaleństwa.

O godzinie 23. zatankowałam śpiocha mlekiem i zostawiłam pod czułą opieką Morfeusza. Wiki nie obudziła się nawet przy armatnich salwach, które rozbrzmiały na dworze wraz z wybiciem północy. Czytaj dalej…

Podaruj przeżycie

Jak na złych rodziców przystało, nie kupiliśmy dziecku prezentu na urodziny. Po dwóch latach macierzyństwa mogę śmiało stwierdzić, że przemysł zabawkarski nie zbije na nas kokosów.

Nic na to nie poradzę, że gdy widzę cenę np. farbek do malowania rękami, to najpierw starannie przecieram okulary (może to jakaś plamka/ klusek z zupy, kleks po kaszce zniekształcają mi obraz?), a potem dodaję te farbki do listy „pomysły na prezenty od cioć, babć i dziadków na Gwiazdkę/ urodziny/ Dzień Dziecka”.

Jednak prezenty to jedno, a świętowanie urodzin to zupełnie insza inszość. Na „roczek” przez pół dnia puszczałam Wikulkowi bańki mydlane, które wówczas uwielbiał ponad wszystko. To był już ósmy miesiąc ciąży z Elunią, więc przy okazji poćwiczyłam sobie techniki oddychania do porodu. W tym roku w dniu urodzin zabrałam Wiktorię na basen.

Chodziliśmy tam, gdy Wikulek był mały i miał problemy z napięciem mięśniowym. Zajęcia są bardzo fajnie prowadzone, basenik malutki, raptem na pięcioro rodzico-dzieci, kameralna atmosfera, względna cisza i spokój – innymi słowy – idealne warunki dla takiego nieśmiałka jak Wiki. Asystowała nam ciocia Ida, która robiła także za nadwornego fotografa.

Zaczęło się dość dobrze. W pogodnych nastrojach weszłyśmy na teren pływalni i nawet zdążyłam zapłacić za zajęcia, nim usłyszałam pierwsze trwożne „Tam?” i zobaczyłam Wikulowy paluszek wskazujący drzwi wyjściowe. Szybko udało się zażegnać ten maleńki kryzys odwagi. Kryzys nr 2 nastąpił, gdy do naszej szatni weszła jakaś pani z trzymiesięcznym synkiem. Wiki najpierw skamieniała i udała, że pani w ogóle nie widzi, następnie spurpurowiała i, już w spazmach, przywarła do mnie. Na szczęście byłyśmy już na etapie wciągania na pupę basenowego pampka, więc szybko zwiałyśmy ze strefy zagrożenia.

Na widok basenu Wiki natychmiast się rozpogodziła. Chojrakowała, że będzie się pluskać, marudziła, że już-już-szybko chce do wody. Oczywiście gdy wreszcie do niej weszłyśmy, natychmiast zmieniła zdanie. „Tam! Toto Ida! Tam” – szeptała rozpaczliwie, wyciągając do cioci ramiona i błagając o ratunek. Dopiero gdy ciocia Ida znikła z pola widzenia, a ja z wciśniętym w mą klatę Wikulem przemaszerowałam trzy długości baseniku, dziecię się uspokoiło.

A potem to już było zwykłe szaleństwo: gonitwy za piłką, chlapanie, bulgotanie, kopanie wody nogami, odpychanie się do brzegu basenu, skakanie z drabinki, zwykłe podtapianie i wrzucanie do wody „na raz-dwa-TRZYYYYY”. Zwłaszcza tej ostatniej formy aktywności Wiki domagała się szczególnie upierdliwie. „Bam! Tyi! Bam!” – wołała co chwilę, a ja, chcąc nie chcąc, musiałam unosić jej nie najmniejsze ciałko ponad poziom wody i z impetem zatapiać.

I co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem – niech się schowają wszystkie Jilliany Michaels, Melanie B. i insze Chodakowskie. Po 30 minutach basenu dla niemowląt czułam się jak przekręcona przez maszynkę. A zakwasy na udach, ramionach i żebrach miałam przez 3 dni.

Toto Ida w roli niani

Najlepsi goście to tacy, którzy przyjeżdżają we właściwym momencie i pozwalają się trochę wykorzystać. W czwartek przyjechała do nas ciocia Ida. A dzień wcześniej miała miejsce premiera filmu, na który czekaliśmy z ukochanym chłopem od pół roku. Daliśmy El-Wiczkom i cioci dobę na porządne wzajemne obwąchanie się i w sobotę zwialiśmy do kina.

Kino znajduje się ok. 6 minut marszu od naszego bloku. Dzieci porzuciliśmy nakarmione, przewinięte i w dobrych nastrojach. Do zadań cioci należało podawanie napojów, ewentualne położenie Eli spać około godziny 15-15.30 i zabawianie Wikula aż do naszego powrotu. Zasadniczym priorytetem było przeżycie całej trójki. Gdyby coś się działo, Ela niemożebnie płakała, Wiki mendziła ponad miarę itd., itp., cioci Ida miała niezwłocznie telefonować, bym na skrzydłach wiatru wróciła do dzieciątek. Seans zaczynał się o godzinie 14.30., więc o 14.29 wybiegłam z domu.

Przez pierwsze pół godziny filmu siedziałam jak na szpilkach, czekając na wiadomy telefon. Po tym czasie dałam się wciągnąć akcji i przestałam gorączkowo oczekiwać dzwonka alarmowego. Jednak gdy minęły 114 minuty seansu, a telefon nie zadzwonił, byłam mocno zdziwiona i nieco przestraszona.

Może w tym miejscu powinnam wyjaśnić powody tego podenerwowania. Otóż ciocia Ida jest jeszcze nastolatką. To już ostatnie jej nastoletnie podrygi, bo trzeci krzyżyk majaczy na horyzoncie, ale jednak młoda z niej dziewoja. A drugi powód to Elunia. W piątek marudziła przez większość dnia, rano spała 20 minut, a drzemkę popołudniową zbojkotowała. Wieczorem zasnęła dopiero po półgodzinnym masażu brzuszka i akustycznym seansie z suszarką do włosów. W sobotę sprawowała się lepiej, ale i tak przez pół dnia zastanawiałam się, czy możemy wyjść z domu.

Ostatecznie jednak wyszliśmy, film obejrzeliśmy i pędem wróciliśmy. Otworzyliśmy drzwi do mieszkania – światło w salonie zapalone, ciocia siedzi na kanapie, Ela popiskuje i skacze na dywanie… ale gdzie jest Wiki? Czemu nas nie wita? Czemu nie wybiegła do przedpokoju, jak ma to w zwyczaju? Może schowała się do skrzyni z zabawkami – pomyślałam. Weszłam do pokoju, podeszłam do kanapy… a tam, rozciągnięta jak długa, wśród tony zabawek, w gwarze generowanym przez młodszą siostrę i nas, słodko spała Wiktoria.

- Pomyliły ci się dzieci? To nie tę siostrzenicę miałaś uśpić – zagadnęłam ciocię.

Okazało się, że: Ela chwilunię po godzinie 15 zaczęła ziewać. Zgodnie z instrukcją ciocia zaniosła ją do sypialni, położyła w łóżeczku, podała smoka i zarzuciła na głowę kocyk (tak, to standardowa procedura – Ela MUSI zakryć sobie twarz kocykiem). Ela spała godzinę. W tym czasie Wiki i ciocia urzędowały w salonie, a ponieważ cioci nie chciało się zbytnio wytracać życiową energię, bawiły się w leżakowanie. Gdy obudziła się Elunia, ciocia przyniosła ją do salonu. Ela bawiła się na dywanie, a ciocia i Wiki kontynuowały na kanapie zabawę w „Lulu”. I w pewnym momencie ciocia zauważyła, że Wikulowe spanie dla picu zrobiło się nie dla picu…

A teraz Wiki codziennie domaga się popołudniowej drzemki na kanapie.

Za chwilę dalszy ciąg programu…

Zaduszny weekend świętowaliśmy zgodnie z naszą nową, świecką tradycją – były kolorowe balony, ciasto i świeczki. Tak, tak, mili Państwo, o godzinie 1.06 w nocy 3 listopada roku pańskiego 2011 porodziłam córkę, mą pierworodną, której nadaliśmy na imię Wiktoria. I tak oto jednego dnia zapalamy świeczki na grobach dla naszych przodków, a drugiego dnia – na torcie, dla potomkini rodu.

Trefne mamy te daty urodzin. Ja – zrodzona w samym środku lata – znajomi i rodzina na wakacyjnych wyjazdach, bywało, że do lustra człowiek toasty wznosił. Ukochany chłop – w Wielkim Poście – jeszcze gorzej, bo nawet toastu nie ma jak wznieść bez dyspensy. Elunia tuż po Bożym Narodzeniu – z prezentami dziecina będzie w plecy całe życie! Bo albo Gwiazdka „na bogato”, a urodziny symboliczne, albo odwrotnie. A Wikulek tego trzeciego listopada… Przy polskich zwyczajach świętowania Zaduszek krojenie tortu będziemy wciskać między cmentarz X, a cmentarz Y.

No dobrze, trochę już sobie ponarzekałam, to teraz będę mogła na spokojnie opowiedzieć o tym, jak Wiki robiła tort na własne party, co się stało, gdy ciocia Ida została sama w domu z małolatami i jak Jubilatka topiła się w basenie.

Relaks u kumy

Odwiedzanie znajomych ma niepowtarzalny urok, gdy zabiera się ze sobą dzieci…

Najpierw człowiek dwa dni się pakuje. Dwie zupki, dwa deserki, sześć pampków na zmianę, podkład do przewijania, mokre chustki, maść dotyłeczna, po dwie pary spodni, cztery bluzki/ bodziaki, miseczka, łyżeczki, porcja kaszki, jogurt i kakao do tego jogurtu, woda do kaszki i woda do picia, kubeczek, książeczki do oglądania przy jedzeniu, piłka dla Eli, układanki dla Wiki, dwa kocyki, dwa śliniaczki, kamizelki (bo może się oziębić), plandeka wózka (bo może padać). Mały arsenał na pięciogodzinną wizytę.

Potem uroki drogi. 35 minut jazdy metrem, 21 stacji (nie do wiary, jak niebotycznie rozbudowana jest już ta nasza „sieć” metra, prawda?), a na każdej pociąg się zatrzymuje, drzwi się otwierają, ludzie wchodzą do i wychodzą z, drzwi się zamykają. Tak, kochanie, tamte drzwi też się zamknęły. I te trzecie również. Wszystkie drzwi są zamknięte. O, i już kolejna stacja – tak, drzwi się otworzyły. I te drugie też. I trzecie… Tak, zamknęły się. Tak, kochanie, jedziemy dalej.

Dobrze, że chociaż Elunia pozwoliła się zatkać grahamką.

W gościnie stały program dnia. Najpierw szwędanie się pod bokiem, żeby królowa E. zdrzemnęła się nieco, a królowa W. mogła pokontemplować piękno napotkanych traktorów. Potem kasza, czyszczenie buzi, jogurt, czyszczenie buzi, jedna kupa, czyszczenie zadka, druga kupa, czyszczenie zadka, sok, zmiana umoczonej bluzki, woda, wytarcie umoczonej bluzki.

I te popisy niewychowania. Wdrapywanie się na stół, otwieranie szafek, RUSZANIE KSIĄŻEK  („Wiki, zostaw Millenium. To nie jest książka dla dzieci. Ela, ty też nie ruszaj. Wiki! To cioci! Się uwzięły na tego Larssona…”)

Potem znów jedna zupa, wytarcie buzi, druga zupa, wytarcie buzi, jeden pampek do wymiany, drugi pampek do wymiany, zmiana łachów i wio do domu.

21 stacji metra. Tak, drzwi zamknięte, drzwi otwarte. Tak, pociąg po drugiej stronie peronu, o znów pociąg po drugiej stronie peronu. O, nie ma drugiego pociągu. Nasza stacja, wysiadamy.

Dom, jeden deser, wytrzeć buzię, drugi deser, wytrzeć buzię, zmiana pampka i umoczonych spodni.

Aleśmy się z kumą narelaksowały.