Królowa Wiktoria konfabuluje

Każda książka opowiada teraz dzieje naszej chłopsko-królewskiej rodziny. Na jednej stronie jesteśmy w Zoo: ja karmię liśćmi słonie, a ukochany chłop i królowe przyglądają się małpom. Kolejna strona – basen miejski. Dziewczęta nurkują, nad poziom wody wystają im tylko pięty, my zaś opalamy się na brzegu. Chyba zapomnieliśmy o balsamie z filtrem, bo spiekliśmy się już na raki. Chwilę później – miasto nocą: mama i tata przemierzają tandemem… Czytaj więcej

Macierzyństwo bez lukru 3!

Ludzie, ludzie, już jest! Cała jestem w skowronkach, w brzuchu mam motylki, a w głowie pstro i zielono  - jak nic oszalałam z radości! Bo już jest! Trzecia część antologii „Macierzyństwo bez lukru” właśnie wychynęła na świat!

Miałam dziś napisać o tym, że Wikulowa trzydniówka wcale nie jest trzydniówką. Że jest ostrym zapaleniem gardła, Jej Bolesnością Anginą i w związku z tym mamy w królestwie wielką antybiotykochryję.

Tymczasem zajrzałam w internety, a tam! MBL3! Rzuciłam się do lektury jak dzika bestia na swa ofiarę!

I wcale nie o to chodzi, że na moim laptopie powstał jeden z bezlukrowych tekstów. (A w nim odpowiedź na przedwieczne pytanie: po co nam mężczyźni?). Wśród innych twórców MBL ja to taka szara, szaruteńka myszka. Najmniejsza z małych. Tam piszą Gwiazdy! Blogowi wyjadacze! Weterani pióra, klawiatury i składu drukarskiego!

Ciężka noc przede mną. W sypialni chore dziecię, w salonie MBL… Dużo kofeiny popłynie jutro w moich żyłach.

Oczywiście gorąco i Was zapraszam do lektury! Teksty wspaniałe, a cel szczytny! (Czy jest jeszcze na tym łez padole ktoś, kto nie wiem, że MBL ma pomóc Mikołajkowi?)

Przydatne linki:
2. do strony startowej wydawnictwa: 
http://www.rw2010.pl/go.live.php/

Być jak Tupcio Chrupcio

Utożsamianie się z bohaterem literackim Wikulek opanował do perfekcji.

- Tu? – pyta, wskazując na jeden z miniaturowych obrazków na tylnej okładce „Tupcia Chrupcia”.
- Tu Tupcio niczego się nie boi.
- Titi nie bobo.
- Wiki też niczego się nie boi?
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio ma rodzeństwo.
- Titi ma dodo. Ela.
- Wiki też ma rodzeństwo. Ma siostrzyczkę Elę.
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio jest kapryśną myszką.
- Titi kaka mimi.
- Wiki też jest kapryśną myszką?
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio ma urodziny.
- Titi ma udu. Da!
- Wiki też miała urodziny. I ma dwa latka.
- Ta. Tu?
- Tu Tupcio umie się dzielić zabawkami.
- Titi i Ela.
- Wiki dzieli się z Elą?
- Aha! Tu?
- Tu Tupcio jedzie do dziadków.
- Titi do dada.
- Wiki też jedzie do dziadków?
- Ta. A tu?
- A tu Tupcio dba o zęby.
- Titi ba blabla.
- Wiki też dba o zęby.
- Ta. A tu?

Wiela jest tych części szrajbniętych?

Mały krok dla ludzkości, wielki dla naszego królestwa

Miłościwie nam panująca Królowa Wiktoria odkurzała dziś mieszkanie.

Chyba urządzeniofobie są akuratnie w odwrocie. Przedwczoraj Wikulek ze stoickim spokojem obserwował, jak suszarką do włosów suszyłam pupę Prosiaczka. Wczoraj, gdy podczas szatkowania jabłek na szarlotkę buczałam maszynką do mięcha, Wiki stała w przedpokoju i filowała do kuchni (a dawniej uciekała przecież do salonu i wpadała w histeryczny szloch…). Dziś, gdy zaczęłam odkurzać dywan w salonie, najpierw przycupnęła na kanapie, z wielkim zainteresowaniem obserwując moje poczynania, potem powolutku do mnie podeszła, a ostatecznie poprosiła o przekazanie jej buczącego sprzętu.

Odkurzyła salon, kuchnię i przedpokój. I była z siebie taka dumna!

Podejrzewam, że ta zmiana to magiczny wpływ Tupcia Chrupcia. Od tygodnia po trylion razy dziennie analizujemy pewną ilustrację…

- Tuu?
- Tu Mysia się obudziła w nocy i płakała. Pewnie się czegoś wystraszyła.
- I?
- I Tupcio Chrupcio pocieszył swoją małą siostrzyczkę. ”Nie bój się, malutka – uspokajał ją starszy brat – nic ci się nie może stać, bo jesteś w domu. No i masz mnie! A ja już niczego się nie boję!”
- Nee! – potwierdza Wikulek. Tuu?
- Tu Mysia się obudziła w nocy i płakała. Bo czegoś się wystraszyła.
- I?
- I Tupcio Chrupcio pocieszył swoją małą siostrzyczkę. ”Nie bój się, malutka – uspokajał ją starszy brat – nic ci się nie może stać, bo jesteś w domu. No i masz mnie! A ja już niczego się nie boję!”
- Nee! Tuu?
- Tu jest Mysia. Płacze, bo czegoś się wystraszyła.
- I tuu?
- I tu Tupcio ją pociesza. Bo Tupcio już niczego się nie boi.
- Nee.

Wikulek jeszcze się boi, ale jakby mniej.

Relaks u kumy

Odwiedzanie znajomych ma niepowtarzalny urok, gdy zabiera się ze sobą dzieci…

Najpierw człowiek dwa dni się pakuje. Dwie zupki, dwa deserki, sześć pampków na zmianę, podkład do przewijania, mokre chustki, maść dotyłeczna, po dwie pary spodni, cztery bluzki/ bodziaki, miseczka, łyżeczki, porcja kaszki, jogurt i kakao do tego jogurtu, woda do kaszki i woda do picia, kubeczek, książeczki do oglądania przy jedzeniu, piłka dla Eli, układanki dla Wiki, dwa kocyki, dwa śliniaczki, kamizelki (bo może się oziębić), plandeka wózka (bo może padać). Mały arsenał na pięciogodzinną wizytę.

Potem uroki drogi. 35 minut jazdy metrem, 21 stacji (nie do wiary, jak niebotycznie rozbudowana jest już ta nasza „sieć” metra, prawda?), a na każdej pociąg się zatrzymuje, drzwi się otwierają, ludzie wchodzą do i wychodzą z, drzwi się zamykają. Tak, kochanie, tamte drzwi też się zamknęły. I te trzecie również. Wszystkie drzwi są zamknięte. O, i już kolejna stacja – tak, drzwi się otworzyły. I te drugie też. I trzecie… Tak, zamknęły się. Tak, kochanie, jedziemy dalej.

Dobrze, że chociaż Elunia pozwoliła się zatkać grahamką.

W gościnie stały program dnia. Najpierw szwędanie się pod bokiem, żeby królowa E. zdrzemnęła się nieco, a królowa W. mogła pokontemplować piękno napotkanych traktorów. Potem kasza, czyszczenie buzi, jogurt, czyszczenie buzi, jedna kupa, czyszczenie zadka, druga kupa, czyszczenie zadka, sok, zmiana umoczonej bluzki, woda, wytarcie umoczonej bluzki.

I te popisy niewychowania. Wdrapywanie się na stół, otwieranie szafek, RUSZANIE KSIĄŻEK  („Wiki, zostaw Millenium. To nie jest książka dla dzieci. Ela, ty też nie ruszaj. Wiki! To cioci! Się uwzięły na tego Larssona…”)

Potem znów jedna zupa, wytarcie buzi, druga zupa, wytarcie buzi, jeden pampek do wymiany, drugi pampek do wymiany, zmiana łachów i wio do domu.

21 stacji metra. Tak, drzwi zamknięte, drzwi otwarte. Tak, pociąg po drugiej stronie peronu, o znów pociąg po drugiej stronie peronu. O, nie ma drugiego pociągu. Nasza stacja, wysiadamy.

Dom, jeden deser, wytrzeć buzię, drugi deser, wytrzeć buzię, zmiana pampka i umoczonych spodni.

Aleśmy się z kumą narelaksowały.

Bilans zysków i strat

Będzie rzeźnia. Na bank. Bywały już sytuacje, gdy snułam czarne scenariusze, a dzieci robiły mi niespodziankę i zachowywały się jak aniołki. Cóż, tym razem cud się nie zdarzy. Bilans dwulatka będzie wydarzeniem przez duże „W” i przeżyciem przez duże „P”.

Nie ma się co dziwić, że Wiktoria nie żywi miłych uczuć do personelu medycznego. Każda nasza wizyta w przychodni była związana ze szczepieniem (bo przecież z tymi dwoma słabymi katarami, które Wikulek przechodził, nie latałam z nią po lekarzach…). Od dwóch tygodni szykuję się więc na bilans jak na wojnę…

Przede wszystkim zainwestowałam w fachową literaturę. Kupiłam „Tupcia Chrupcia” – tom o wizycie na pogotowiu. Wikulek momentalnie polubił tę sympatyczną myszkę i całą jej rodzinę. Szybko też nauczył się „opowiadać” całą historyjkę. Że tata zrobił brum brum. Że Tupcio i mama poszli na plac zabaw. A tam była zjeżdżalnia i inny bohater robił z niej baam! A Tupcio zrobił baaam z drabinki. I miał kuku w łapkę. I przyszła mama i pojechali razem na pogotowie. Pan doktor nakleił plasterek na kuku. I Tupcio wrócił do domu, i zjadł z tatą amam, i tata zaniósł Tupcia lulu. (Te „i” nie są moje. Wikul rozpoczyna od tego spójnika każde zdanie).

Maglowałyśmy tego Tupcia przez trzy dni, Wikul nie rozstawał się z książką. Oglądał ją przy jedzeniu, przy zmianie pampka, przerywał budowanie mostów z Lego, by zajrzeć do Tupcia. Rozmawiałyśmy o panu doktorze: że pomógł Tupciowi, że leczy też inne dzieci, że ma biały fartuch, okulary i słuchawki lekarskie.

Właśnie, słuchawki lekarskie… Zastanawiałam się, czy nie zainwestować w jakiś zestaw „Małego lekarza”. Ubiegł mnie dziadek Miecio, przywożąc w piątek najprawdziwszy stetoskop. Położyłam słuchawki na toaletce i udałam, że niewiele mnie ten sprzęt obchodzi. Ot, leży, to leży. Wikul przez cały weekend trzymał się od stetoskopu z daleka, paluszkiem nie tykał, spojrzeniem omijał.

Wczoraj rano zaczęłam wdrażać akcję „Badanie”. Na początek sprawdziłam tony serca i szmery w płucach gumowego skoczka, ikeowego bujaka, kostki edukacyjnej i klocków Lego (pacjentów wybierał Wikulek). Następnie zaordynowałam badania przesiewowe dziewięciu pluszaków. Każdy z nich został przebadany co najmniej trzy razy. Przy trzeciej turze poprosiłam Wikulka o pomoc – przytrzymywała pluszaki w pozycji siedzącej, podczas gdy ja tykałam je po klacie i plecach stetoskopem. Wreszcie podczas czwartego badania Kłapouszka Wikulek odważył się dotknąć magicznego sprzętu. A pół godziny później już sam badał maskotki oraz Elę.

(Oczywiście Elunia nie miała żadnych oporów względem tłamszenia stetoskopu. Wręcz przeciwnie – musiałam pilnować, by trzymała się od niego z daleka, bo bez przerwy chciała go memlać i przygryzać).

Wieczorem Wikulek pozwolił mi się zbadać. W tym tygodniu poswatamy się jeszcze z osłuchiwaniem plecków, a w przyszłym zaczniemy ćwiczyć mierzenie ciała i liczenie zębów.

Wizytę mamy umówioną na piątego listopada…

Aleee o so chozi?

***

Podczas ubierania w sypialni.

- Ti!
- Ti? Co ti?
- Tam!
- W salonie?
- Ta. Ti! Mama!
- Mama?
- Ti! Mama! Pa pa pa!
- Chodzi ci o „Świnki trzy”?
- Ahaaaa!
- Aha, świnki trzy poszły w świat i mama im zrobiła pa pa pa.
- Budu.
- Świnki budowały?
- Dom.
- Świnki budowały sobie domy.
- I. Mo.
- I most? Świnki budowały most?
- Ahaaaa!

I Wiktoria poczłapała do salonu, bawić się Lego.

***

Przy układance.

- Kuka.
- Kuka? Co znaczy kuka?
- Kuku.
- Ale co kuku? O które kuku ci chodzi?
- Tata.
- Tata?
- Fu fu. Tata. Kuku. Fu fu.
- Kupa, kochanie?
- Ahaaa!

Pampek był czysty. Taki żarcik Wikul zaserwował…

***

Objaśnienia.

1. Ahaaa mówi Wikul. To słowo-klucz oznaczające, że odgadłam, co młoda rozmówczyni ma na myśli. Po takim „Ahaaa” możemy przejść do kolejnego etapu rozmowy…

2. Co łączy tatę z fu fu i kupą? Otóż przy zmianie zafajdanego pampka ukochany chłop chowa nos w dekolt T-shirta i pomrukuje „fuu!”. Wikul próbuje to naśladować, ale ma zbyt dopasowane bodziaki i nie daje rady naciągnąć materiału na nosek. Ogranicza się więc do naśladownictwa akustycznego.

***

A od dwóch tygodni bezskutecznie staram się odkryć, co znaczy „bla bla”. Najpierw typowałam herbatę. Potem biedronkę. Dziś myślałam, że to może jabłko. Ale neeee. Zgadywanka trwa dalej.