Lepiej późno niż później

A więc przeprowadzka. Siódma w moim życiu. Dobrze, że tym razem tylko wirtualna.

Niniejszym ogłaszam, że nasze królestwo zwija manatki i przenosi się na blogspota. O, tu dokładnie: 
http://smoczkiem-po-lapkach.blogspot.com/

Nie wiem, ile manatków uda nam się stąd zwinąć, bo blog.pl nie umożliwia chyba prostego eksportowania plików. Nie wiem, nie znam się, nie orientuję, głowy za to nie dam, ale szukałam dziś cały dzień magicznego guziczka „Przenieś sobie, babo, posty i komentarze” – i nie znalazłam. Więc pozostaje opcja ręczna. Na moje nieszczęście napisałam w ciągu roku 303 posty, a mój staruszek laptop ma woooolne teeeempo praaacy. Mam nadzieję, że do następnej rocznicy uwinę się przekopiowaniem wszystkiego.

Póki co się wymoszczam. Rozkładam w nowym miejscu stare graty, odwijam z folii streczowej królewskie trony, ustawiam na półeczkach zabawki…

To co? Do zobaczenia po jasnej stronie mocy!

Królowa Wiktoria konfabuluje

Każda książka opowiada teraz dzieje naszej chłopsko-królewskiej rodziny. Na jednej stronie jesteśmy w Zoo: ja karmię liśćmi słonie, a ukochany chłop i królowe przyglądają się małpom. Kolejna strona – basen miejski. Dziewczęta nurkują, nad poziom wody wystają im tylko pięty, my zaś opalamy się na brzegu. Chyba zapomnieliśmy o balsamie z filtrem, bo spiekliśmy się już na raki. Chwilę później – miasto nocą: mama i tata przemierzają tandemem… Czytaj więcej

Heca na dzień dobry

Budzik jak zwykle zadzwonił za wcześnie.

Jeśli ustawiam go na godzinę 8.40 (czasu letniego! pamiętajcie o tym drobnym szczególe), wyrywa dzieci z błogiego snu. Jeśli zaś ustawię go choćby kwadrans później, panny budzą się bladym świtem, na 2-3 godziny przed budzikiem i zaczynają marudzić, bo zgubił się smoczek/ Prosiaczek/ lisek Śmierdzioszek/ pluszowy kot. Albo zdejmują skarpetki i za moment jęczą, że im zimno w stopy. Gdy budzi się jedna dziecina, śpiewem i nawoływaniem budzi dziecinę drugą. Trudno się śpi w takich warunkach…

Nastawiam więc ustrojstwo na tę 8.40 (czasu letniego). Gdy zadzwoni, najpierw jak najszybciej chowam je pod kołdrę, żeby stłumić dzwonek. A potem na ślepo wciskam tryliardy przycisków, żeby wyłączyć alarm.

Wczoraj rano było podobnie. Budzik zadzwonił, wymacałam go obok poduszki, ciapnęłam pod kołdrę, wyłączyłam. Uniosłam głowę nad poduchę, żeby sprawdzić, czy dzieci się nie obudziły… i zobaczyłam królową Wiktorię klęczącą na komodzie. „Oba! Na dida!” – odparła mała Tarzanka, zagadnięta na okoliczność celu wspinaczki. „Chcesz zrzucić obraz ze ściany? Na dywan?” – zapytałam, zastanawiając się, czy aby na pewno już się obudziłam. Może to zwidy tylko? Przecież Wiki nigdy się na nic nie wspinała. Nawet nie sądziłam, że umie wyjść z łóżeczka… „Titi oba na dida!” – jeszcze raz bojowo zakrzyknął Wikul.

A poprzedniego wieczora zerwała znad swojego łóżka plakat z Kubusiem Puchatkiem i ferajną. Widać ogołacanie ścian to jakaś szerzej zakrojona akcja.

Macierzyństwo bez lukru 3!

Ludzie, ludzie, już jest! Cała jestem w skowronkach, w brzuchu mam motylki, a w głowie pstro i zielono  - jak nic oszalałam z radości! Bo już jest! Trzecia część antologii „Macierzyństwo bez lukru” właśnie wychynęła na świat!

Miałam dziś napisać o tym, że Wikulowa trzydniówka wcale nie jest trzydniówką. Że jest ostrym zapaleniem gardła, Jej Bolesnością Anginą i w związku z tym mamy w królestwie wielką antybiotykochryję.

Tymczasem zajrzałam w internety, a tam! MBL3! Rzuciłam się do lektury jak dzika bestia na swa ofiarę!

I wcale nie o to chodzi, że na moim laptopie powstał jeden z bezlukrowych tekstów. (A w nim odpowiedź na przedwieczne pytanie: po co nam mężczyźni?). Wśród innych twórców MBL ja to taka szara, szaruteńka myszka. Najmniejsza z małych. Tam piszą Gwiazdy! Blogowi wyjadacze! Weterani pióra, klawiatury i składu drukarskiego!

Ciężka noc przede mną. W sypialni chore dziecię, w salonie MBL… Dużo kofeiny popłynie jutro w moich żyłach.

Oczywiście gorąco i Was zapraszam do lektury! Teksty wspaniałe, a cel szczytny! (Czy jest jeszcze na tym łez padole ktoś, kto nie wiem, że MBL ma pomóc Mikołajkowi?)

Przydatne linki:
2. do strony startowej wydawnictwa: 
http://www.rw2010.pl/go.live.php/

Mydło wszystko umyje

Wikulek znów zeżarł mydło. Myślałam, że ten etap mamy już za sobą, że to se ne vrati. Jak widać, jednak vrati.

Przygotowałam dziewczynkom kąpiel. Już-już miałam je rozbierać i wrzucać do wanny, gdy przypomniałam sobie, że nie naszykowałam im świeżych pidżamek. Zostawiłam więc dziewoje same w łazience i pognałam do sypialni, by wyciągnąć z komody czyste ubranka. Nie było mnie w łazience około 8 sekund. Gdy wróciłam, Wikul stał w kałuży mydła w płynie.

- Kochanie, coś ty zrobiła? – zakrzyknęłam, zdjęta grozą. – Tyle mydła rozlałaś na podłogę! Pobrudziłaś nim całą bluzeczkę! I zobacz, jakie masz upaćkane rączki!
- I tu – beztrosko wyznała Wiki, celując paluszkiem w głąb pyszczka.
- I w buzi masz mydło?
- Ta – odparła, po czym dokonała małej prezentacji. Piany było więcej niż przy myciu zębów. Chyba jednak królowej Wiktorii nie podpasował oliwkowo-aloesowy smak, bo po chwili zaczęła się krzywić, mlaskać, wietrzyć buzię i wywracać oczami.
- Co? Nie smakuje ci? Niedobre mydło? Bo mydło nie jest do jedzenia.
- Nie – zgodziła się ze mną Wiki.
- Od jedzenia mydła może cię boleć brzuszek – kontynuowałam tyradę.
- Tu! – mydłożerca wskazał swój brzuszek.
- Tak. Tu. Tu będzie boleć, jak będziesz jeść mydło. Fuj. Teraz musimy wypłukać usta.

Włożyłam obie panienki do wanny. Nabrałam do ikeowego kubeczka nieco wody z kranu i przykazałam Wikulowi nabrać ją w usta i szybko wypluć. Upiła dwa hausty, przez chwilę trzymała wodę w policzkach i… całość połknęła. Pouczyłam, że nie wolno takiej wody pić, że ma nią tylko wypłukać mydło i wypluć. Nabrała i… połknęła.

Czyli tak. Najpierw najadła się mydła, a potem podlała je ciepłą wodą dla wzmożenia efektu pienienia. Cudnie.

Kołysanka

Wikulek stał w łóżeczku i śpiewał.

„Aa-aa-aa, aa-aa-aa kooo daaaa! Aa-aa-aa, aa-aa-aa, oooda! A piiiii!”
[czyt. Aa-aa-aa, kotki dwa, aa-aa-aa, obydwa. Ach, śpij].

Nieźle jej to wychodziło. Przyznać muszę. Linię melodyczną trzymała, tempo również, artykulacja – jak na Wiki – była nader przyzwoita. Wzruszyłabym się, tak po matczynemu bym się wzruszyła…

… gdyby nie jeden malutki szczególik. Tyciuni.

Wiki śpiewała tę kołysankę o 7 rano.

Z wyjątkiem samej śpiewaczki wszyscy jeszcze spali. Najpierw anielskie pienia obudziły mnie, zaś na hasło „Ach śpij!” łebek ponad brzeg łóżeczka wystawiła zaciekawiona (i kompletnie rozbudzona tym recitalem) Elunia.

Ponieważ zalała mnie krew, postanowiłam zastosować się do polecenia pierworodnej córeńki – zarzuciłam kołdrę na głowę i zasnęłam. W ostatnich sekundach świadomości usłyszałam jeszcze, że Ela zaczyna dorabiać Wikulkowi chórki…

Toto Ida w roli niani

Najlepsi goście to tacy, którzy przyjeżdżają we właściwym momencie i pozwalają się trochę wykorzystać. W czwartek przyjechała do nas ciocia Ida. A dzień wcześniej miała miejsce premiera filmu, na który czekaliśmy z ukochanym chłopem od pół roku. Daliśmy El-Wiczkom i cioci dobę na porządne wzajemne obwąchanie się i w sobotę zwialiśmy do kina.

Kino znajduje się ok. 6 minut marszu od naszego bloku. Dzieci porzuciliśmy nakarmione, przewinięte i w dobrych nastrojach. Do zadań cioci należało podawanie napojów, ewentualne położenie Eli spać około godziny 15-15.30 i zabawianie Wikula aż do naszego powrotu. Zasadniczym priorytetem było przeżycie całej trójki. Gdyby coś się działo, Ela niemożebnie płakała, Wiki mendziła ponad miarę itd., itp., cioci Ida miała niezwłocznie telefonować, bym na skrzydłach wiatru wróciła do dzieciątek. Seans zaczynał się o godzinie 14.30., więc o 14.29 wybiegłam z domu.

Przez pierwsze pół godziny filmu siedziałam jak na szpilkach, czekając na wiadomy telefon. Po tym czasie dałam się wciągnąć akcji i przestałam gorączkowo oczekiwać dzwonka alarmowego. Jednak gdy minęły 114 minuty seansu, a telefon nie zadzwonił, byłam mocno zdziwiona i nieco przestraszona.

Może w tym miejscu powinnam wyjaśnić powody tego podenerwowania. Otóż ciocia Ida jest jeszcze nastolatką. To już ostatnie jej nastoletnie podrygi, bo trzeci krzyżyk majaczy na horyzoncie, ale jednak młoda z niej dziewoja. A drugi powód to Elunia. W piątek marudziła przez większość dnia, rano spała 20 minut, a drzemkę popołudniową zbojkotowała. Wieczorem zasnęła dopiero po półgodzinnym masażu brzuszka i akustycznym seansie z suszarką do włosów. W sobotę sprawowała się lepiej, ale i tak przez pół dnia zastanawiałam się, czy możemy wyjść z domu.

Ostatecznie jednak wyszliśmy, film obejrzeliśmy i pędem wróciliśmy. Otworzyliśmy drzwi do mieszkania – światło w salonie zapalone, ciocia siedzi na kanapie, Ela popiskuje i skacze na dywanie… ale gdzie jest Wiki? Czemu nas nie wita? Czemu nie wybiegła do przedpokoju, jak ma to w zwyczaju? Może schowała się do skrzyni z zabawkami – pomyślałam. Weszłam do pokoju, podeszłam do kanapy… a tam, rozciągnięta jak długa, wśród tony zabawek, w gwarze generowanym przez młodszą siostrę i nas, słodko spała Wiktoria.

- Pomyliły ci się dzieci? To nie tę siostrzenicę miałaś uśpić – zagadnęłam ciocię.

Okazało się, że: Ela chwilunię po godzinie 15 zaczęła ziewać. Zgodnie z instrukcją ciocia zaniosła ją do sypialni, położyła w łóżeczku, podała smoka i zarzuciła na głowę kocyk (tak, to standardowa procedura – Ela MUSI zakryć sobie twarz kocykiem). Ela spała godzinę. W tym czasie Wiki i ciocia urzędowały w salonie, a ponieważ cioci nie chciało się zbytnio wytracać życiową energię, bawiły się w leżakowanie. Gdy obudziła się Elunia, ciocia przyniosła ją do salonu. Ela bawiła się na dywanie, a ciocia i Wiki kontynuowały na kanapie zabawę w „Lulu”. I w pewnym momencie ciocia zauważyła, że Wikulowe spanie dla picu zrobiło się nie dla picu…

A teraz Wiki codziennie domaga się popołudniowej drzemki na kanapie.