By wilk był syty i owca cała…

Siedzimy w kuchni. Dziewczynki w krzesełkach. Ela przed chwilą zjadła zupę, Wiki właśnie je. Za pięć minut zacznie się sjesta, więc panny już kapryśne i zmęczone. Zwłaszcza Ela marudzi na potęgę…

- Aaa, aaa, były sobie kotki dwa… – intonuję, żeby ją trochę uspokoić.
- Nie! – protestuje Wikulek, który chce ostatnie chwile obiadu spędzić na rozmowie o kosiarce do trawy – Tu! – wskazuje na nią w oglądanej książce.
- Tu jest kosiarka – mówię.
- Uuuuuu! – wyje Ela.
- Aaa, aaa, były sobie kotki… – zaczynam jeszcze raz.
- Tuuu! – woła od razu Wikul, dźgając paluchem kosiarę.
- Aaa, aaa, była sobie ko-siar-ka. Aaa,aaa, szarobura, szarobura ko-siar-ka. Ach, śpij, bo właśnie, kosiarka ziewa i za chwilę zaśnie. A gdy rano przyjdzie świt, to kosiarce będzie wstyd, że zasnęła, a nie ty. Dobra, a teraz do łóżek – zarządzam, wycierając panienkom pomidorówkę z policzków.

Kołysanka

Wikulek stał w łóżeczku i śpiewał.

„Aa-aa-aa, aa-aa-aa kooo daaaa! Aa-aa-aa, aa-aa-aa, oooda! A piiiii!”
[czyt. Aa-aa-aa, kotki dwa, aa-aa-aa, obydwa. Ach, śpij].

Nieźle jej to wychodziło. Przyznać muszę. Linię melodyczną trzymała, tempo również, artykulacja – jak na Wiki – była nader przyzwoita. Wzruszyłabym się, tak po matczynemu bym się wzruszyła…

… gdyby nie jeden malutki szczególik. Tyciuni.

Wiki śpiewała tę kołysankę o 7 rano.

Z wyjątkiem samej śpiewaczki wszyscy jeszcze spali. Najpierw anielskie pienia obudziły mnie, zaś na hasło „Ach śpij!” łebek ponad brzeg łóżeczka wystawiła zaciekawiona (i kompletnie rozbudzona tym recitalem) Elunia.

Ponieważ zalała mnie krew, postanowiłam zastosować się do polecenia pierworodnej córeńki – zarzuciłam kołdrę na głowę i zasnęłam. W ostatnich sekundach świadomości usłyszałam jeszcze, że Ela zaczyna dorabiać Wikulkowi chórki…

Dialogi idiomatyczne

***

- Wikulku, jesteś już taka duża i tak dużo rzeczy umiesz, i tyle rozumiesz! – roztkliwiam się przy szykowaniu wieczornej kaszy.
- Da – odpowiada na to Wiki.
- Da?
- Da.
- Da… da… Co to było „da”? Aaaa, dwa. Masz dwa latka.
- Ta! Titi da.

***

Spacerujemy po osiedlowym skwerku. Jest pustawo, bo jesień przegnała już ludzi do domów. WTEM Wikulek zatrzymuje się na środku alejki, staje w lekkim rozkroku, pochyla się nieco do przodu, zagapia w siną dal i woła:

- Ooooooo!
- Co się stało, kochanie? – pytam zaniepokojona.
- Tu! – mówi Wiki, klepiąc się po pupie.
- Co „tu”?
- Kuka.
- Zrobiłaś kupę? – O masz, a to dopiero początek spaceru…
- Nee.
- Na pewno?
- Kuka cha-cha!
- Pies zrobił kupę?
- Ta!
- Kochanie, jaki pies? – pytam zupełnie ogłupiała dialogiem.
- Tam!

A, rzeczywiście, jakieś 100 metrów przed kundel ursynowski fachowo użyźnia osiedlowy trawniczek.

***

- Mama, budu! – nęci Wiki.
- Nie kochanie, teraz nie będę budować. Mama czyta książkę. Widzisz, takie literki czytam.
Wiki zamiera, wsadza nos w wolumin, wodzi oczyma po linijkach tekstu. Po chwili prostuje się i pyta:
- Ti tata?
- Co „ti tata”? – pytam, licząc na jakąś podpowiedź, czegóż to „ti tata” ma dotyczyć.
- Ti tata? – Wiki chyba uważa, że sprawa jest oczywista…
- Ti tata? – odpowiadam pytaniem na pytanie, bo kompletnie nie wiem, o co jej chodzi. Czyżby znów o tę piosenkę radiotelegrafisty?
- Ti tata? – uparcie draży temat Wiktoria.
- Aaaa! „T” jak tata?
- Taa. Ti tata?
- Tu jest „t” jak tata. I tu – wertuję książkę w poszukiwaniu upragnionej litery. – Tu masz „a”. A tutaj „o”.
- Its?
- Iksa nie ma w tej książce.

***

- Ko – obwieszcza królowa W., stając w drzwiach kuchni.
- Chodzi ci o klocki?
- Ne.
- O książkę?
- Ne.
- O kurę?
- Ne  - odpowiada Wiki, wyraźnie już rozbawiona moim pudłowaniem.
- O koguta?
- Ne – śmieje się na całego.
- Nie o tę piosenkę? Ko ko ko, ko ko ko, słuchaj, będziemy mieć jajko – intonuję.
- Ne – twierdzi i boki zrywa.
- To nie wiem… O kota?
- Ne.
- Koc?
- Ne.
- Układankę?
- Ne.
- To może o… kakao?
- Ne.
- A o jogurt kakaowy? – pytam już tylko dla porządku.
- Taa! Ko?

Śpiąca Królowa Wiktoria

Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, Wikul przeżywa fascynację snem.

Wszystko zaczęło się ze dwa miesiące temu, podczas jednej z wizyt cioci Cytrynki. Gdy około 15.30 położyłam dziewczynki na sjestę, Wiki, zamiast zwyczajowo legnąć na posłaniu i uciąć komara, zaczęła dopytywać się, co też robi ciocia. „Ciocia śpi. W salonie, na kanapie” – odparłam. I to mnie zgubiło. Wiki olała bowiem spanie we własnym łóżku i uparła się, że chce do salonu. Urządziłyśmy więc pokazówkę z ciocią, kocem i kanapą w roli głównej. „Widzisz, ciocia śpi” – kłamałam jak z nut, mając nadzieję, że jednak uda mi się odstawić dziecinę do jej łóżeczka, ale Wikulcia nie taka naiwna, żeby się dać zwieść naszym inscenizacjom. Zawzięła się, że chce spać z ciocią. Pozwoliłyśmy jej ostatecznie walnąć się na tę kanapę, opatuliła się kocem, główkę złożyła na podusi i oświadczyła: „Titi pi. I toto pi” [czyt. Wiki śpi. I ciocia śpi].

Przez kilka kolejnych dni domagała się odbywania sjesty w salonie. Szybko wyperswadowałam jej tego typu fanaberie, ale senne szaleństwo już rozsiało się w małej główce. Wiki zaczęła mianowicie bawić się w spanie. Wyrzuca ze skrzyni wszystkie zabawki, wkłada do niej poduszkę, rozkłada koc i mości się na dnie. „Titi pi!” – oznajmia i zamyka oczy. No tak, Wiki śpi.

Potem przyszła kolej na piosenkę. „O pi, o pi, o pi” [czyt. On śpi] – nuci rano i w południe, przed sjestą i po niej, po objedzie i przed kolacją. „Co powie tata” Natalki Kukulskiej od kilku tygodni króluje na Wikulowej liście przebojów.

A wczoraj moja Śpiąca Królowa Wiktoria była łaskawa chrapać do 10 rano. Zanim zaczniecie wyobrażać sobie, jakże ja się wyspałam, jakże wypoczęłam i jak mi było dobrze, uprzejmie przypomnę, że Królowa Elżbieta nie przeżywa fascynacji snem i budzi się po 7. Poza tym jako młodsza siostra jest uzależniona od towarzystwa starszej. Jeśli nie może śledzić i naśladować Wikulka, staje się nieznośnie marudna, kapryśna i… trudna. Tak więc Wikul chrapał w najlepsze, a ja ganiałam po domu z bardzo niezadowolonym dziesięciomiesięczniakiem.

Królowa W. obudziła się tuż po 10, czyli w momencie, gdy Królowa E. szykowała się na drzemkę. Znów więc zostałam z jedną córką, tyle że dla odmiany z tą nieco większą. Przewinęłam, ubrałam, nakarmiłam i zagnałam do salonu. A Wikulek, dopadłszy do kanapy, porwał z niej dwie poduszki, ułożył je na dywanie i oznajmił: „Mama tu, Titi tu. Mama pi, Titi pi”. Cóż było robić? Ulokowałam się posłusznie na wskazanym dywano-posłaniu. Wiki zaległa obok. „Kok!’ – zażądała. Posłusznie przykryłam nas kocem. „Mama pi”. Zamknęłam więc oczy.

I tak „spałyśmy” przez całą Elusiową drzemkę, czyli prawie 35 minut. Wiki co jakiś czas recytowała „Titi pi, mama pi, Ela pi, tata pi”, potem przekręcała się na drugi bok i niby zasypiała.

W ciągu dnia „spała” również na kuchennym krześle, na dywanie w sypialni, na podłodze w kuchni i przedpokoju. Aha, i na półce regału z książkami. Zastanawiam się, kiedy zacznie „sypiać” w bębnie pralki…

Wikulek śpiewulek

***

- O pi, o pi, o pi, o pi! – recytuje Wikulek przy kolacji.
- Co ona mówi? – pyta ukochany chłop.
- On śpi.
- Kto śpi?
- Tata z piosenki. No wiesz: „Co powie tata? Co powie tata? Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci? On śpi. On śpi. On śpi. On śpi”. W dzień śpiewała wersję rozszerzoną: „Toooo tata! Toooo tata. O pi…”

***

- Ti ta ta, ti ta ta – domaga się Wiki.
- Hmmm… Pomyślmy… Oj ty, ty, oj ty, ty, za koszyczek zapłać mi – zaczynam śpiewać.
- Nee!
- To nie ta piosenka? Ti ta ta… Gdzie to było? Aaaaa! – spłynęło na mnie olśnienie – Trzech synów matka miała. Dwóch słynęło z mądrości, a trzeci, co był głupi, poszedł do łączności. Ti ta ta, ti ti ta ta, ti ta ta, ti ti ta ta. A trzeci, co był głupi, poszedł do łączności.
- Taa! Ti ta ta, ti tata – podśpiewuje rozanielona Wiktoria, a ja z rozrzewnieniem wspominam choreografię Czarusia Pazury.

Soul o czwartej nad ranem

Noc była dość rozrywkowa.

Najpierw ja, bardzo lekkomyślnie, utknęłam nad „Stuleciem chirurgów”. Potem, gdzieś koło pierwszej, u sąsiada za ścianą rozkręciła się impreza. „Dziwny jest ten świat” – śpiewało stado podbitych byczków z tanim podkładem karaoke w tle, a ich okrzyki „Głośniej! No dawaj! Jeszcze raz!” mieszały mi się z opisami dziewiętnastowiecznych technik usuwania kamieni żółciowych. Byłam jednak tak zmęczona, że ani fascynująca literacka rzeczywistość, ani ta tandetna zza ściany nie przegnały snu spod moich powiek. Odpłynęłam w okolicach drugiej.

Tuż przed czwartą Ela wszczęła alarm, stawiając na nogi cały nasz sypialniany skład. Uspokajanie jej trwało wieki. Gdy tylko odkładałam ją do łóżeczka, na nowo zaczynała płakać. Łapałam ją więc na ręce i dalej wydeptywałam ścieżkę na Kopiec Kościuszki. Po godzinie takich harców Elunia wreszcie usnęła. Przysiadłam na naszym łóżku, nadal trzymając na rękach Śpiącą Królewnę i bojąc się, że przy próbie ułożenia w łóżeczku, znów spłoszę jej sen.

Tymczasem sypialnię zalała cisza, tak upragniona w środku nocy. „O, za ścianą poszli spać” – skonstatowałam w duchu. I w tej ciszy tak ucho natężam ciekawie, że słyszałbym głos z Litwy, Łotwy i Estonii… Nagle Wikul woła: „Elaaa, Elaaa, Elaaa„.