Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj

Wikul przemawia. Rano, wieczór i w południe. Budzi się i od razu zaczyna mówić. Zasypia, szepcąc sekrety do Panów Pikusiów oraz dziesięciu innych pluszaków. Mówi wierszem i prozą (głównie życia). Komentuje, opisuje, neguje, pyta i odpowiada. Sęk w tym, że nadal posługuje się językiem wiktoriańskim. Biegle. I że podobnej biegłości oczekuje od rozmówców… Czytaj więcej…

Mhm!

- Odda book? – zapytał Wikulek o poranku.
-  Nie, dziś nie pojedziemy oddać książki. Jest sobota, a w soboty biblioteki są zamknięte.
- Do mhm?
- Gdzie chcesz jechać?
- Do mhm?
- Nie rozumiem, kochanie. Co to jest mhm?
- Do mhm? Aha! Do mhm! – podpowiedział Wikulek.
- Nadal nie rozumiem…
- Po kaka! I po didi! – litościwie doprecyzowała królowa.
- Do kaczek i do ryb? – zapytałam nieśmiało.
- Taa. Do kaka i do didi. Do mhm.
- Aha, chcesz jechać do jeziorka z fontanną? Tam, gdzie są kaczki i ryby?
- Taa! Go, go, go!

Kod Enigmy

- Udydydytyń? – zapytał Wikulek. Spojrzałyśmy na siebie z ciocią Cytrynką baranim wzrokiem.
- Co, kochanie?
- Udydydytyń?
- Yyyy?
- Udydydytyń? Udydydytyń? Udydydytyń? Udydydytyń? Udydydytyń? – nie dawał za wygraną Wikul.
- Czy chcesz układankę? – palnęłam na chybił-trafił.
- Taa! Udydydytyń!

Komunikacyjnie robi się ciężko. O ile jeszcze mogę zrozumieć, że „obubububu” znaczy „obudzić się”, o tyle takie kwiatki jak „Kaka Jaja” (Kaczka Dziwaczka), „Kuku Kuku” (Tupcio Chrupcio) czy „blam” (bal) są nieco trudniejsze do rozszyfrowania.

Samo „kuku” ma tyle znaczeń, że można napisać słownik homonimów tylko z tym jednym słowem. To:

  • zabawa z wyskakiwaniem zza drzwi sypialni,
  • zabawa w chowanie się pod koc/ kołdrę,
  • ukrywanie się za firanką w salonie,
  • namiot zbudowany z koca zarzuconego na toaletkę,
  • uderzenie się,
  • ranki na paluszkach, powstałe w wyniku cysiulkowania,
  • skaleczenie/ przecięcie skóry,
  • odparzenie na pupie,
  • Tupcio,
  • i Kubuś Puchatek.

Słow i znaczeń w języku wiktoriańskim przybywa wręcz lawinowo. Mamy na przykład olij (olej), olili (oliwę) i oli (oliwki)*.

 

*Uwaga na te ostatnie! Wiktoria zżera je w ilościach hurtowych. Lidlową paczuszkę oliwek traktuje jak przekąskę na raz.

Dialogi idiomatyczne

***

- Wikulku, jesteś już taka duża i tak dużo rzeczy umiesz, i tyle rozumiesz! – roztkliwiam się przy szykowaniu wieczornej kaszy.
- Da – odpowiada na to Wiki.
- Da?
- Da.
- Da… da… Co to było „da”? Aaaa, dwa. Masz dwa latka.
- Ta! Titi da.

***

Spacerujemy po osiedlowym skwerku. Jest pustawo, bo jesień przegnała już ludzi do domów. WTEM Wikulek zatrzymuje się na środku alejki, staje w lekkim rozkroku, pochyla się nieco do przodu, zagapia w siną dal i woła:

- Ooooooo!
- Co się stało, kochanie? – pytam zaniepokojona.
- Tu! – mówi Wiki, klepiąc się po pupie.
- Co „tu”?
- Kuka.
- Zrobiłaś kupę? – O masz, a to dopiero początek spaceru…
- Nee.
- Na pewno?
- Kuka cha-cha!
- Pies zrobił kupę?
- Ta!
- Kochanie, jaki pies? – pytam zupełnie ogłupiała dialogiem.
- Tam!

A, rzeczywiście, jakieś 100 metrów przed kundel ursynowski fachowo użyźnia osiedlowy trawniczek.

***

- Mama, budu! – nęci Wiki.
- Nie kochanie, teraz nie będę budować. Mama czyta książkę. Widzisz, takie literki czytam.
Wiki zamiera, wsadza nos w wolumin, wodzi oczyma po linijkach tekstu. Po chwili prostuje się i pyta:
- Ti tata?
- Co „ti tata”? – pytam, licząc na jakąś podpowiedź, czegóż to „ti tata” ma dotyczyć.
- Ti tata? – Wiki chyba uważa, że sprawa jest oczywista…
- Ti tata? – odpowiadam pytaniem na pytanie, bo kompletnie nie wiem, o co jej chodzi. Czyżby znów o tę piosenkę radiotelegrafisty?
- Ti tata? – uparcie draży temat Wiktoria.
- Aaaa! „T” jak tata?
- Taa. Ti tata?
- Tu jest „t” jak tata. I tu – wertuję książkę w poszukiwaniu upragnionej litery. – Tu masz „a”. A tutaj „o”.
- Its?
- Iksa nie ma w tej książce.

***

- Ko – obwieszcza królowa W., stając w drzwiach kuchni.
- Chodzi ci o klocki?
- Ne.
- O książkę?
- Ne.
- O kurę?
- Ne  - odpowiada Wiki, wyraźnie już rozbawiona moim pudłowaniem.
- O koguta?
- Ne – śmieje się na całego.
- Nie o tę piosenkę? Ko ko ko, ko ko ko, słuchaj, będziemy mieć jajko – intonuję.
- Ne – twierdzi i boki zrywa.
- To nie wiem… O kota?
- Ne.
- Koc?
- Ne.
- Układankę?
- Ne.
- To może o… kakao?
- Ne.
- A o jogurt kakaowy? – pytam już tylko dla porządku.
- Taa! Ko?