Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj

Wikul przemawia. Rano, wieczór i w południe. Budzi się i od razu zaczyna mówić. Zasypia, szepcąc sekrety do Panów Pikusiów oraz dziesięciu innych pluszaków. Mówi wierszem i prozą (głównie życia). Komentuje, opisuje, neguje, pyta i odpowiada. Sęk w tym, że nadal posługuje się językiem wiktoriańskim. Biegle. I że podobnej biegłości oczekuje od rozmówców… Czytaj więcej…

Na ból głowy – Wikulina

Ukochany chłop wrócił do domu z fatalną migreną (Hmmm, nieco oksymoronicznie to zabrzmiało. Chłop i migrena. Na potrzeby tej notki przenicujmy ukochanego chłopa na Pana i Władcę).

A więc. Pan i Władca wrócił do domu z fatalną migreną. Położył się w zaciemnionej sypialni, mając nadzieję na krótki odpoczynek. Jednak ledwo co zamknął się w pokoju, gdy do drzwi dopadła Wiki. „Kochanie, tatuś poszedł spać, bo bardzo boli go głowa – powiedziałam. – Nie wchodź tam teraz”. Wikul ustąpił pola i wrócił do salonu. Ja wróciłam do zmywania garów. Piętnaście sekund później… Czytaj więcej…

Ten dzień!

Stało się, Mili Państwo. Królowa Elżbieta (miłościwie nam panująca, ma się rozumieć) zrobiła swoje tzw. „pierwsze” kroczki. Było ich w sumie dziewięć, w trzech seriach po trzy susy.

Przy serii pierwszej jeszcze nie byłam pewna, czy mi się nie przewidziało. Ale gdy kilka sekund później wyczyn został powtórzony, a po kwadransie Elunia jeszcze raz zaprezentowała swoje nowe umiejętności, poleciałam otwierać szampana*.

A jeszcze rano marudziłam: „Elu, ile jeszcze będziesz tak raczkować? Może ci wystarczy? Nudne to takie. Ze trzy miesiące już przecież raczkujesz. Nie masz ochoty na kolejny etap?”

Marudziłam pod nosem, nie to, że tak wprost do dziecięcia. Ale najwyraźniej Ela wyłapuje także przekazy podnosowe.

Wieczorem relacjonowałam Elusiowe wyczyny ukochanemu chłopu. „Ale co to zmienia” – zapytał rzeczowo – „poza tym, że nie będzie przycinać sobie paluszków na dole drzwi, tylko z boku?” „No wiesz!” – obruszyłam się. – „Dużo zmienia. Będzie mieć wyżej głowę, czyli trudniej będzie Wikulowi trafić w nią klockiem. Ale za to łatwiej będzie się Elę przewracać…” Innymi słowy – jedne atrakcje znikną, inne się pojawią.

Dziś od rana Elunia zawzięcie ćwiczy chodzenie. Pamiętacie tę scenę z Epoki Lodowcowej, w której ludzkie dziecko idzie chwiejnym krokiem do taty? Raz, dwa, trzy i bam! w ramiona rodzica. Tak wygląda dziś nasz dzień. Raz, dwa, trzy i… bam! Raz, dwa, trzy i…bam! Raz, dwa, trzy i…bam! Elżbieta puszy się przy tym jak paw.

 

* Metaforycznie. Mocno metaforycznie. W rzeczywistości poleciałam do kuchni wyrzucić zapaskudzonego pampka. Ale przecież nie mogę napisać: „Gdy moje dziecko zrobiło pierwsze kroczki, euforycznie krążyłam po domu z zafajdaną pieluchą”.

A imię jego czterdzieści i cztery…

(Ciekawe, czy dożyliśmy już czasów, w któryś ktoś tego cytatu nie pozna… Ale ja nie o tym. O Wikulisku miało być. Voilà!)

Od tygodnia lub dwóch Wiktoria przeżywa fascynację imionami. Zaczęło się od ubrań. Nie to, żeby ubrania miały imiona. Czy żebym im je nadawała. Chodzi o to, że Wikulowa garderoba jest kompletowana przez różne osoby – babcie, ciocie, baciociocie. Przy porannym ubieraniu Wiki zawsze pyta, od kogo dostała rajstopki, kto jej dał spodnie, bodziaka czy kamizelkę. Skąd w szafie wzięła się kurtka? A co z czapką? A rzeczy Eli? Nie przepuści nawet skarpetkom.

Wikulek skrupulatnie zapamiętuje swoich darczyńców. Ich imiona na trwałe przyklejają się do ubrań – stają się ich nazewniczą podszewką. Mamy więc jedną kamizelkę od cioci Idy („ka toto Ida”) i drugą od babci Ewy i dziadka Miecia („ka baba Eła i dada Miemia”). Są i rajtki od cioci Bożki („toto Bobo”).

Imienne etykiety z ubrań rozprzestrzeniły się na książki i zabawki. (Na przykład układanka to prezent od toto Aja i Ma, a pluszowego kotka podarował tata. Podarował go co prawda mnie, a nie Wiki, i to lat temu z dziesięć, ale rdzeń Wikulowej wypowiedzi się zgadza – kot jest od taty). Wiki zapamiętała też imiona osób występujących z moim rodzinnym albumie – takim ze zdjęciami z okresu niemowlęcego! Co prawda początkowo uparcie twierdziła, że jednomiesięczny bobas na tych zdjęciach to „Ela”, a nie „mama” (Wikulek nazywa „Elą” każde małe dziecko), ale ostatecznie zapamiętała, kto jest kim. Niezmiernie mnie wzrusza, gdy oglądając zdjęcia mojej babci (nieżyjącej od ponad 16 lat) mówi „baba Chacha!” Tak, kochanie, to jest babcia Stasia.

I od kilku dni woła do ukochanego chłopa po imieniu. Nie zawsze. O nie. Ale często. Zazwyczaj niczym echo powtarza moje nawoływanie. „Łukaaaasz!” – drę się pełną piersią, by głos mój doleciał z jednego końca domu na drugi. „U-aaaaa!” – naśladuje mnie Wikulek.

Dziś wieczorem postanowiłam oświecić nieco dziecię w kwestii imion. W ogóle wyjaśnić, że są. I że każdy człowiek ma imię. Gdy zakrzyknęła „U-aaa!”, powiedziałam:

- Tata ma na imię Łukasz.
- Tata U-a.
- Tak, kochanie. Tak ma na imię tata.
- Titi U-a?
- Nie, Wiki nie ma na imię Łukasz. Wiki ma na imię Wiki. Wiktoria.
- Ela U-a?
- Ela też nie ma na imię Łukasz. Ela ma na imię Ela. Elżbieta. Tata ma na imię Łukasz.
- Ela nee. Tata.
- Tak, kochanie. A ciocia Ida ma na imię Ida – ciągnęłam odkrywczo.
- Ida. Baba Eła?
- Babcia Ewa ma na imię Ewa.
- Baba Eła. Titi?
- Wiki ma na imię Wiki. Wiktoria.
- Ela?
- Ela ma na imię Ela. Elżbieta.
- (chwila zastanowienia… a już myślałam, że to pytanie nie padnie) Mama?
- Mama ma na imię Olga.
- Tata?
- Tata ma na imię Łukasz. A ciocia Ania ma na imię Ania.
- Aja.
- A wujek Jaś ma na imię Jaś.
- Ja.
- A Marcinek ma na imię Marcin.
- Ma.
- A ciocia Cytrynka? – zapytał podstępnie ukochany chłop, zanim zdążyłam syknąć, by nie robił dziecku z mózgu kogla-mogla…
- A ciocia Cytrynka ma na imię Ania.
- Toto Titi Aja.

I wszystko jasne. Jak nie, jak tak?

Wikulek śpiewulek

***

- O pi, o pi, o pi, o pi! – recytuje Wikulek przy kolacji.
- Co ona mówi? – pyta ukochany chłop.
- On śpi.
- Kto śpi?
- Tata z piosenki. No wiesz: „Co powie tata? Co powie tata? Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci? On śpi. On śpi. On śpi. On śpi”. W dzień śpiewała wersję rozszerzoną: „Toooo tata! Toooo tata. O pi…”

***

- Ti ta ta, ti ta ta – domaga się Wiki.
- Hmmm… Pomyślmy… Oj ty, ty, oj ty, ty, za koszyczek zapłać mi – zaczynam śpiewać.
- Nee!
- To nie ta piosenka? Ti ta ta… Gdzie to było? Aaaaa! – spłynęło na mnie olśnienie – Trzech synów matka miała. Dwóch słynęło z mądrości, a trzeci, co był głupi, poszedł do łączności. Ti ta ta, ti ti ta ta, ti ta ta, ti ti ta ta. A trzeci, co był głupi, poszedł do łączności.
- Taa! Ti ta ta, ti tata – podśpiewuje rozanielona Wiktoria, a ja z rozrzewnieniem wspominam choreografię Czarusia Pazury.

Abecadło z pieca spadło

Postanowiłam, że Wiki będzie dzikuską.

Przyznaję, że zafascynowały mnie te północnoeuropejskie wieści, jakoby dzieci norweskie, które liczyć i pisać uczą się dopiero w szkole, zdobywały wysokie noty na późniejszych etapach edukacji. Sama zresztą pamiętam, że gdy uczyłam się w szwajcarskiej podstawówce, w klasie czwartej, ćwiczyliśmy kaligrafię i mnożenie w słupkach liczb cztero-i pięciocyfrowych, a raz na dwa tygodnie cała szkoła miała lekcje… w lesie. Skoro więc i północ, i Szwajcaria nie popędzają dzieci na edukacyjnej ścieżce, chyba wiedzą, co robią.

Zaaranżowałam więc sobie taką koncepcję swobodnego wychowania: dużo ruchu, dużo samodzielnej zabawy, dużo pomocy przy dorosłych zadaniach, dużo nudy, mało terminów encyklopedycznych, zero liczb i liter.

Za próbę uczenia rocznego wówczas Wikula nazw kolorów zmyłam mojej mamie głowę. Kategorycznie zabroniłam również liczyć przy dziecku. „Mów, że jedno, lub że dużo” – instruowałam babulę Ewulę, gdy przyłapałam ją na wymawianiu zakazanych słów „pięć” i „siedem”.

Tymczasem Wikul zaczął się tych liczb i liter czepiać jak rzep psiego ogona. Wypatrywała magicznych znaków na tubkach dotyłecznych maści, pudełkach z mlekiem, ubraniach. Na jej pytania odpowiadałam, ale nie rozwijałam tematu. Gdy pytała o „a”, mówiłam, że to „a”, nie dopowiadając, że obok jest też „b”. Wiktoria jednak podążała tropem alfabetu. Przychodziła do mnie z książeczkami i celowała palcem w tytuły. „Tuuu?” – pytała, a ja musiałam pogrzebać swoje marzenia o wychowaniu naturalnym.

Potem zaczęła domagać się pisania liter. Przynosiła kredki, kartkę papieru i prosiła: „A? O? A?” Cóż było robić? Pisałam jej to „a” w dziesięciu różnych kolorach.

Zaś od dwóch tygodni gramy z dziecięce Scrabble. Zasady nieco sobie zmodyfikowaliśmy. Wiki losuje z pudełka jakąś literkę, a ja lub ukochany chłop musimy powiedzieć, co to za litera i jaki wyraz się od niej zaczyna. Wikulek zazwyczaj powtarza ten wyraz i wskazuje miejsce, w które literkę należy odłożyć, po czym losuje kolejną.

Wikul całymi dniami domaga się grania. Mendzi od rana do wieczora, żeby jej dać te Scrabble. Dla własnego dobra trzymam je więc na górze regału z książkami i uparcie twierdzę, że leżą za wysoko – nie dostanę do nich. Tylko tata może je zdjąć, ja nie dam rady, kochanie… Wikulek czeka więc na powrót taty i gdy słyszy zgrzyt klucza w zamku, biegnie do przedpokoju, wołając: „Ga! Ga! Ga!” [czyt. Gra! Gra! Gra!]

A potem się zaczyna:

- O jak ogon.
- Ogo!
- Ny jak nowe.
- Nono.
- Py jak prosiaczek.
- Papa!
- Q jak kupa.
- Kupa!
- Wu jak Wiktoria.
- Titi!*
- Jot jak jeszcze.
- Teeee.*

* Bo Wikulek symultanicznie tłumaczy wyrazy z języka polskiego na wiktoriański.