Królowych babka i napięty plan działania

W związku z czterodniową wizytą baby Eły, sporządziłam listę spraw do nadgonienia. Żeby nadganianie poszło mi sprawnie, podzieliłam całe TO DO na cztery kategorie.

1. Zrobić koniecznie, absolutnie i choćby nie wiem co.
2. Wskazane – lepiej tego nie odkładać na później.
3. Jeśli się nie uda, świat się nie zawali, ale byłoby miło, gdyby.
4. Ewentualnie, jeśli starczy czasu.

W szczegółach wygląda to tak… Czytaj więcej…

Toto Ida w roli niani

Najlepsi goście to tacy, którzy przyjeżdżają we właściwym momencie i pozwalają się trochę wykorzystać. W czwartek przyjechała do nas ciocia Ida. A dzień wcześniej miała miejsce premiera filmu, na który czekaliśmy z ukochanym chłopem od pół roku. Daliśmy El-Wiczkom i cioci dobę na porządne wzajemne obwąchanie się i w sobotę zwialiśmy do kina.

Kino znajduje się ok. 6 minut marszu od naszego bloku. Dzieci porzuciliśmy nakarmione, przewinięte i w dobrych nastrojach. Do zadań cioci należało podawanie napojów, ewentualne położenie Eli spać około godziny 15-15.30 i zabawianie Wikula aż do naszego powrotu. Zasadniczym priorytetem było przeżycie całej trójki. Gdyby coś się działo, Ela niemożebnie płakała, Wiki mendziła ponad miarę itd., itp., cioci Ida miała niezwłocznie telefonować, bym na skrzydłach wiatru wróciła do dzieciątek. Seans zaczynał się o godzinie 14.30., więc o 14.29 wybiegłam z domu.

Przez pierwsze pół godziny filmu siedziałam jak na szpilkach, czekając na wiadomy telefon. Po tym czasie dałam się wciągnąć akcji i przestałam gorączkowo oczekiwać dzwonka alarmowego. Jednak gdy minęły 114 minuty seansu, a telefon nie zadzwonił, byłam mocno zdziwiona i nieco przestraszona.

Może w tym miejscu powinnam wyjaśnić powody tego podenerwowania. Otóż ciocia Ida jest jeszcze nastolatką. To już ostatnie jej nastoletnie podrygi, bo trzeci krzyżyk majaczy na horyzoncie, ale jednak młoda z niej dziewoja. A drugi powód to Elunia. W piątek marudziła przez większość dnia, rano spała 20 minut, a drzemkę popołudniową zbojkotowała. Wieczorem zasnęła dopiero po półgodzinnym masażu brzuszka i akustycznym seansie z suszarką do włosów. W sobotę sprawowała się lepiej, ale i tak przez pół dnia zastanawiałam się, czy możemy wyjść z domu.

Ostatecznie jednak wyszliśmy, film obejrzeliśmy i pędem wróciliśmy. Otworzyliśmy drzwi do mieszkania – światło w salonie zapalone, ciocia siedzi na kanapie, Ela popiskuje i skacze na dywanie… ale gdzie jest Wiki? Czemu nas nie wita? Czemu nie wybiegła do przedpokoju, jak ma to w zwyczaju? Może schowała się do skrzyni z zabawkami – pomyślałam. Weszłam do pokoju, podeszłam do kanapy… a tam, rozciągnięta jak długa, wśród tony zabawek, w gwarze generowanym przez młodszą siostrę i nas, słodko spała Wiktoria.

- Pomyliły ci się dzieci? To nie tę siostrzenicę miałaś uśpić – zagadnęłam ciocię.

Okazało się, że: Ela chwilunię po godzinie 15 zaczęła ziewać. Zgodnie z instrukcją ciocia zaniosła ją do sypialni, położyła w łóżeczku, podała smoka i zarzuciła na głowę kocyk (tak, to standardowa procedura – Ela MUSI zakryć sobie twarz kocykiem). Ela spała godzinę. W tym czasie Wiki i ciocia urzędowały w salonie, a ponieważ cioci nie chciało się zbytnio wytracać życiową energię, bawiły się w leżakowanie. Gdy obudziła się Elunia, ciocia przyniosła ją do salonu. Ela bawiła się na dywanie, a ciocia i Wiki kontynuowały na kanapie zabawę w „Lulu”. I w pewnym momencie ciocia zauważyła, że Wikulowe spanie dla picu zrobiło się nie dla picu…

A teraz Wiki codziennie domaga się popołudniowej drzemki na kanapie.

Relaks u kumy

Odwiedzanie znajomych ma niepowtarzalny urok, gdy zabiera się ze sobą dzieci…

Najpierw człowiek dwa dni się pakuje. Dwie zupki, dwa deserki, sześć pampków na zmianę, podkład do przewijania, mokre chustki, maść dotyłeczna, po dwie pary spodni, cztery bluzki/ bodziaki, miseczka, łyżeczki, porcja kaszki, jogurt i kakao do tego jogurtu, woda do kaszki i woda do picia, kubeczek, książeczki do oglądania przy jedzeniu, piłka dla Eli, układanki dla Wiki, dwa kocyki, dwa śliniaczki, kamizelki (bo może się oziębić), plandeka wózka (bo może padać). Mały arsenał na pięciogodzinną wizytę.

Potem uroki drogi. 35 minut jazdy metrem, 21 stacji (nie do wiary, jak niebotycznie rozbudowana jest już ta nasza „sieć” metra, prawda?), a na każdej pociąg się zatrzymuje, drzwi się otwierają, ludzie wchodzą do i wychodzą z, drzwi się zamykają. Tak, kochanie, tamte drzwi też się zamknęły. I te trzecie również. Wszystkie drzwi są zamknięte. O, i już kolejna stacja – tak, drzwi się otworzyły. I te drugie też. I trzecie… Tak, zamknęły się. Tak, kochanie, jedziemy dalej.

Dobrze, że chociaż Elunia pozwoliła się zatkać grahamką.

W gościnie stały program dnia. Najpierw szwędanie się pod bokiem, żeby królowa E. zdrzemnęła się nieco, a królowa W. mogła pokontemplować piękno napotkanych traktorów. Potem kasza, czyszczenie buzi, jogurt, czyszczenie buzi, jedna kupa, czyszczenie zadka, druga kupa, czyszczenie zadka, sok, zmiana umoczonej bluzki, woda, wytarcie umoczonej bluzki.

I te popisy niewychowania. Wdrapywanie się na stół, otwieranie szafek, RUSZANIE KSIĄŻEK  („Wiki, zostaw Millenium. To nie jest książka dla dzieci. Ela, ty też nie ruszaj. Wiki! To cioci! Się uwzięły na tego Larssona…”)

Potem znów jedna zupa, wytarcie buzi, druga zupa, wytarcie buzi, jeden pampek do wymiany, drugi pampek do wymiany, zmiana łachów i wio do domu.

21 stacji metra. Tak, drzwi zamknięte, drzwi otwarte. Tak, pociąg po drugiej stronie peronu, o znów pociąg po drugiej stronie peronu. O, nie ma drugiego pociągu. Nasza stacja, wysiadamy.

Dom, jeden deser, wytrzeć buzię, drugi deser, wytrzeć buzię, zmiana pampka i umoczonych spodni.

Aleśmy się z kumą narelaksowały.

Potrzebny remont!

Skoro milczałam przez trzy dni, znaczy, że babcia przyjechała na weekend, przejęła we władanie upiorne wnusie, a ja odpoczywałam (czyli tradycyjnie: latałam, załatwiałam, porządkowałam).

Muszę przyznać, że miło jest kupować w towarzystwie tylko jednego dziecka fotelik samochodowy na 9-36 kg, jeszcze milej wybrać się po buty zimowe męskie absolutnie BEZ DZIECI, ale rachunek za takie luksusowe latanie po sklepach jest słony.

Babcia opuściła nasze królestwo wczoraj po południu. Dzieci, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ze słodkich aniołkowych wnuczątek przeobraziły się momentalnie w ziejące ogniem smoki.

Wikul uparł się bawić włącznikami światła w całym domu. Sęk w tym, że do nich nie dostaje, więc trzeba gada trzymać na rękach i stać przy włączniku. Albo lepiej – biegać od włącznika salonowego do kuchennego, bo panienka chciałaby pstrykać w różne pstryczki, a nie w ciągle ten sam. Gdy storpedowałam ten pomysł, królowa W. przez trzy godziny wyła do księżyca. Bo babcia pozwalała, bo babcia nosiła na rękach, bo babcia biegała od pstryczka do pstryczka. Elunia ochoczo przyłączyła się do operowych śpiewów siostry i jojczyły tak sobie obie.

Więc tak, cudnie pobyć chwilę bez dzieci. Tylko potem te dzieci wymagają kompletnego remontu wychowawczego.

Kieracik welcome tu

- Baba bu bu bu.
- Babcia pojechała, brum, brum, brum.
- Dom.
- Do swojego domu.
- Kok i cha cha.
- Do kota i psa.
-.I Didi.
- Tak kochanie. Babcia pojechała do swojego domu, do kota, psa i cioci Idy.

Tak więc, Mili Państwo, wracam z oddzieciowych wakacji do mojej przaśnej szarodzienności.

Dziś rano wybrałyśmy się do biblioteki, bo Wikul od kilku dni truł non stop, że chce iść odda bu [czyt. oddać book]. Wymieniłyśmy „Projekt matka” na „Bojową pieśń tygrysicy”, więc teoretycznie Wiktoria powinna być kontent. Zawsze się rozczarowuje, gdy oddaję książki, ale nie wypożyczam nowych. „Dada?” – pyta wówczas. „Nie ma drugiej książki. Dziś nie ma drugiej”. „Dada? Ne?” – upewnia się, a zdziwienie maluje się na jej twarzy.

Więc dziś powinna być zadowolona – jedną oddałyśmy, jedną zabrałyśmy. Ale nie. Bo ona chciała iść jeszcze do innej biblioteki, a my byłyśmy tylko w jednej, w dodatku nie w TEJ ULUBIONEJ. Tak, tak, wszystko wskazuje na to, że Wikul ma swoją ulubioną filię Ursynoteki. Jej ulubioność zasadza się przede wszystkim na olbrzymiej ilości schodów, które do niej prowadzą

Przy okazji spaceru odkryłam ślady zepsucia, które na moich idealnych dzieciach pozostawiła wizyta babci. Zepsuła się głównie Wiki. Przede wszystkim nie chce trzymać się mojej ręki przy przechodzeniu przez jezdnię – siada po prostu na chodniku i niby to ciekawie rozgląda się dookoła. Minuty lecą, ja stoję kołami wózka już prawie na ulicy, Ela się niecierpliwi, kolejne samochody zatrzymują się przed przejściem, bo kierowcy uprzejmie nam ustępują pola (cha! boją się kraksy z naszym czołgiem!), a Wikul z żabiej perspektywy kontempluje piękno przyulicznej przyrody.

Poza tym panna W. robiła dziś awantury o:

  • zakaz wciskania guziczków w windzie (Ale jak to? Dlaczego nie mogę? Przecież CHCĘ wcisnąć! Mamo! MAMO!),
  • nienoszenie na rękach podczas spaceru (No wiecie co? Jeszcze nosić królewnę bym miała… A nogi to ma od czego?),
  • noszenie czapki na głowie (Ściągała nie tylko swoją, ale także Eli czapkę, nie przejmując się wcale tym, że Elunia akurat spała),
  • wybór kubeczka do picia (Bo chciała taki ze słomką, ale żeby pić bez słomki, tylko prosto z bardzo wąskiego gwinta. Dojście do tego, o co chodzi naburmuszonemu, wydzierającemu się i zniecierpliwionemu Wikulowi, zajęło mi dobrą chwilę).

To Wikulowe dzisiejsze problemy z godzin 10.30-12.00.

Żegnaj, jutrzenko swobody! Witajcie, dziecięce smrody!

Laba

Do naszego królestwa przybyła z wizytą Królowa Babcia. Odpoczywam więc.

Latam po marketach, lekarzach, szwedzkich domach meblarsko-wnętrzarskich, targowiskach i aptekach. Przesadzam kwiaty, porządkuję ciuchy w szafkach (letnie z, zimowe do), a przede wszystkim gromadzę, myję, kroję i zamrażam warzywa na zimę. Jak wspomniałam, odpoczywam.

Wybraliśmy się dziś z ukochanym chłopem na ekspresową randkę do IKEA. Ależ urokliwe są takie wyjścia bez dzieci, gdy człowiek nie dostaje oczopląsu, nie zdziera gardła i nie musi pilnować, by towarzysz zakupów nie ściągał z półek żadnych towarów.

Kupiliśmy dywan do sypialni, żeby nieco wytłumić odgłosy nocnych pokrzykiwań i pochrząkiwań dziewczynek, a także pojemniki na klocki, bo zabawki znów zaczęły zbyt ekspansywnie rozłazić się po salonie.

Wikulowi zakupione dobra niezmiernie przypadły do gustu. Na widok dywanu roześmiała się w głos, a pudła na klocki dokładnie przetestowała – najpierw władowała do nich całe posiadane Lego (a jest już tego pięć kompletów, bo wczoraj dziadek Miecio uzupełnił kolekcję nowymi zestawami Duplo), a następnie sama wlazła do pojemnika i rozsiadła się na klockach niczym kwoka na jajkach…