Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta…

Ubrałyśmy choinkę. Jeszcze w południe zarzekałam się, że w tym roku tylko zarzucę na nią światełka (bo to główna wieczorna atrakcja dla Wikula) i łańcuchy (główna atrakcja dzienna), a kwadrans później wyciągnęłam pudło z bombkami…

Musze przyznać, że:

  1. Wikul jest pierwszorzędnym Podawaczem Bombek. Wyjmuje ozdoby z pudełek, przekazuje w ręce Zawieszacza, wskazuje miejsce zawieszenia i odgania od choinki młodszą siostrę,
  2. Ela jest pierwszorzędnym Plątaczem Łańcuchów i bardzo sprawnym Wyżeraczem Świątecznych Ozdób – im bardziej coś niejadalne, tym szybciej to przeżuwa,
  3. podczas całej akcji ucierpiała tylko jedna bombka (bo przecież te wymemlane łańcuchy wyschną…),
  4. ale za to przeżyła i matka, i dwójka dzieci…
  5. więc akcja C.H.O.I.N.K.A. zakończyła się pełnym sukcesem.

Ale prezenty będę pakować bez wsparcia dzieci. Zaślinionymi i ponadgryzanymi papierami trudno byłoby obwinąć podarki…

Heca na dzień dobry

Budzik jak zwykle zadzwonił za wcześnie.

Jeśli ustawiam go na godzinę 8.40 (czasu letniego! pamiętajcie o tym drobnym szczególe), wyrywa dzieci z błogiego snu. Jeśli zaś ustawię go choćby kwadrans później, panny budzą się bladym świtem, na 2-3 godziny przed budzikiem i zaczynają marudzić, bo zgubił się smoczek/ Prosiaczek/ lisek Śmierdzioszek/ pluszowy kot. Albo zdejmują skarpetki i za moment jęczą, że im zimno w stopy. Gdy budzi się jedna dziecina, śpiewem i nawoływaniem budzi dziecinę drugą. Trudno się śpi w takich warunkach…

Nastawiam więc ustrojstwo na tę 8.40 (czasu letniego). Gdy zadzwoni, najpierw jak najszybciej chowam je pod kołdrę, żeby stłumić dzwonek. A potem na ślepo wciskam tryliardy przycisków, żeby wyłączyć alarm.

Wczoraj rano było podobnie. Budzik zadzwonił, wymacałam go obok poduszki, ciapnęłam pod kołdrę, wyłączyłam. Uniosłam głowę nad poduchę, żeby sprawdzić, czy dzieci się nie obudziły… i zobaczyłam królową Wiktorię klęczącą na komodzie. „Oba! Na dida!” – odparła mała Tarzanka, zagadnięta na okoliczność celu wspinaczki. „Chcesz zrzucić obraz ze ściany? Na dywan?” – zapytałam, zastanawiając się, czy aby na pewno już się obudziłam. Może to zwidy tylko? Przecież Wiki nigdy się na nic nie wspinała. Nawet nie sądziłam, że umie wyjść z łóżeczka… „Titi oba na dida!” – jeszcze raz bojowo zakrzyknął Wikul.

A poprzedniego wieczora zerwała znad swojego łóżka plakat z Kubusiem Puchatkiem i ferajną. Widać ogołacanie ścian to jakaś szerzej zakrojona akcja.

Królowa Angina

Nie-trzydniówki dzień piąty. Wiki od poniedziałku odżywia się energią kosmiczną. Raz na dobę zjada także trzy małe Danonki. Poza tym pije wodę z domowym sokiem malinowym. Ot, i to już całe jej chorobowe menu. Na wszelkie kulinarne propozycje reaguje ucieczką do salonu, gdzie chowa się za firankę, przeświadczona o niezawodności tej kryjówki.

Teraz już rozumiem, co to znaczy, że dziecko mało je. Mało, to tyle, co nic. 150 kcal z jogurtu i to trochę z rozcieńczonego soku. To taki adwentowy ramadan – trzy kubeczki wody wypite tuż przed świtem, a potem post aż do zapadnięcia zmroku…

Najdziwniejsze, że przy takiej diecie i terapii antybiotykowej Wikulek ma olbrzymie pokłady energii. Z własnego dzieciństwa pamiętam, że podczas chorób leżałam w łóżku, nieprzytomna, otumaniona, ledwie odróżniająca dzień od nocy. Spodziewałam się u Wiki podobnego spektrum objawów. Tymczasem obie dziewoje roznoszą dom w strzępy…

Brakuje mi już pomysłów, czym je zająć. Zabawki są nudne (oczywista oczywistość), książki też chwilowo się przejadły, zrobienie czterech prań i umycie podłogi zaspokoiło królewską rządzę przygód tylko na chwilę. Nieco dłużej panienki ekscytowały się porządkami w szafie – ach, przymierzanie szali i butów to prawdziwa rozkosz! Wersja Eluni: ach, ślinienie szali i gryzienie butów to prawdziwa rozkosz!

Mydło wszystko umyje

Wikulek znów zeżarł mydło. Myślałam, że ten etap mamy już za sobą, że to se ne vrati. Jak widać, jednak vrati.

Przygotowałam dziewczynkom kąpiel. Już-już miałam je rozbierać i wrzucać do wanny, gdy przypomniałam sobie, że nie naszykowałam im świeżych pidżamek. Zostawiłam więc dziewoje same w łazience i pognałam do sypialni, by wyciągnąć z komody czyste ubranka. Nie było mnie w łazience około 8 sekund. Gdy wróciłam, Wikul stał w kałuży mydła w płynie.

- Kochanie, coś ty zrobiła? – zakrzyknęłam, zdjęta grozą. – Tyle mydła rozlałaś na podłogę! Pobrudziłaś nim całą bluzeczkę! I zobacz, jakie masz upaćkane rączki!
- I tu – beztrosko wyznała Wiki, celując paluszkiem w głąb pyszczka.
- I w buzi masz mydło?
- Ta – odparła, po czym dokonała małej prezentacji. Piany było więcej niż przy myciu zębów. Chyba jednak królowej Wiktorii nie podpasował oliwkowo-aloesowy smak, bo po chwili zaczęła się krzywić, mlaskać, wietrzyć buzię i wywracać oczami.
- Co? Nie smakuje ci? Niedobre mydło? Bo mydło nie jest do jedzenia.
- Nie – zgodziła się ze mną Wiki.
- Od jedzenia mydła może cię boleć brzuszek – kontynuowałam tyradę.
- Tu! – mydłożerca wskazał swój brzuszek.
- Tak. Tu. Tu będzie boleć, jak będziesz jeść mydło. Fuj. Teraz musimy wypłukać usta.

Włożyłam obie panienki do wanny. Nabrałam do ikeowego kubeczka nieco wody z kranu i przykazałam Wikulowi nabrać ją w usta i szybko wypluć. Upiła dwa hausty, przez chwilę trzymała wodę w policzkach i… całość połknęła. Pouczyłam, że nie wolno takiej wody pić, że ma nią tylko wypłukać mydło i wypluć. Nabrała i… połknęła.

Czyli tak. Najpierw najadła się mydła, a potem podlała je ciepłą wodą dla wzmożenia efektu pienienia. Cudnie.

Himalaistka

Póki co doskonalenie chodzenia zostało odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość – Ela zadowala się tymi trzykrokowymi akcjami. Odkryła za to nowy, fascynujący sport – wspinaczkę meblową.

W roli Czomolungmy występują skrzynia na zabawki i pudło z klockami. Techniki wejścia są dwie. Można wczołgać się na wieko skrzyni na brzuchu i wstać już na niej, albo po prostu przełożyć nogi do pudła, moszcząc stopy na wielkich, plastykowych klockach.

Elutek staje na zabawkach, dumnie prężąc klatę. Tak, kochanie, jesteś mistrzem, naszą małą Wandą Rutkiewicz!

(Chyba najwyższy czas przyszpilować telewizor do ściany… Tak na wszelki wypadek, gdyby stolik pod nim miał być kolejnym celem na Elusiowej liście ośmiotysięczników).